Zjawiska nadprzyrodzone

Area 51
T#308490
Facebook
Vernox poziom 1 Administrator 
#1406565 02.05.2013 11:37:49
Strefa 51/Area 51
Oficjalna nazwa: Air Force Flight Test Center, Detachment 3

Strefa 51 (ang. Area 51, Dreamland ang. "Kraina marzeń" lub "Kraina snów", bądź Groom Lake, oficjalna nazwa: Air Force Flight Test Center, Detachment 3) - amerykańska baza wojskowa, zbudowana w roku 1957. Znajduje się w zachodniej części hrabstwa Lincoln na południu stanu Nevada, w Strefie Sił Powietrznych Nellis.
Położona tuż obok wyschniętego (37°14'10" N, 115°49'04" W), słonego jeziora Groom (ang. Groom Lake), oraz Poligonu Nevada. Dla pewności wybrano fragment pustyni, blisko kraterów po testach atomowych na sąsiednim poligonie. Z bazy tej kierowano amerykańskim wywiadem w czasie zimnej wojny.
Istnienie bazy potwierdzono oficjalnie dopiero w 1994 roku, choć zawsze była ona celem pielgrzymek ufologów i teoretyków spiskowych z całego świata.
Ze względu na ogromne zainteresowanie światowej opinii publicznej Strefą 51, wątpliwa jest teza, że do dziś prowadzone są tam prace o najwyższym stopniu tajności. Dzięki powszechnemu zainteresowaniu bazą, okoliczni mieszkańcy rozwinęli bogatą infrastrukturę turystyczną. Władze USA mimo to starają się zachowywać tajemniczość na temat przeznaczenia tego obiektu. Próba nielegalnego wejścia na teren bazy zagrożona była zawsze aresztowaniem i osadzeniem w więzieniu bez procesu sądowego[potrzebne źródło], o czym informuje odpowiednie oznakowania terenu. Również legalnie nigdy nie wpuszczano tam żadnych turystów. Dla zapewnienia bezpieczeństwa bazy przewidziano również strzelanie bez ostrzeżenia do intruzów, o czym również informuje się turystów. Według lokalnej legendy, wokół bazy zamontowano czujniki ruchu, które precyzyjnie odróżniają ludzi od poszczególnych gatunków zwierząt.
Dokładne zdjęcia satelitarne wykazały, że znajduje się tam najdłuższy na świecie pas startowy o długości 9,5 km. Przechodzi on przez jezioro Groom. Około roku 2000 zbudowano drugi pas o długości 5,5 km. Przestrzeń powietrzną nad bazą uznano za najlepiej i najdokładniej strzeżony obszar powietrzny w całych Stanach Zjednoczonych. W przybliżeniu jest on wielkości Szwajcarii.

Samoloty
Skonstruowano tutaj najsłynniejsze i najnowocześniejsze samoloty wojskowe, m.in. SR-71 Blackbird, B-2 Spirit oraz F-117 Nighthawk, B-1 Lancer Prowadzono również badania broni produkowanej za "żelazną kurtyną" i przejętej różnymi drogami przez amerykanów, miedzy innymi samolotów MiG.

Lockheed U-2
Prawdopodobnie pierwszym zrealizowanym projektem był Lockheed U-2. Podczas II wojny światowej baza była używana do ćwiczeń oraz prób zrzucania bomb, a potem nie wykorzystywano jej do 1955 roku, kiedy to została wybrana przez Skunk works Lockheed'a jako idealne miejsce do testów U-2. Firma postawiła tam prowizoryczną jednostkę, składającą się z paru schronów, warsztatu oraz domów dla, liczącej kilka osób, załogi. Pierwszy samolot tego typu latał nad Strefą 51 w sierpniu 1956. W tym czasie, na pobliskim poligonie przeprowadzano testy jądrowe, m.in. operację Plumbbob które często przerywały testy Lockheed'a. Jeden z wybuchów, mający miejsce 5 lipca, spowodował nawet opad radioaktywny na terenie bazy, przez co musiała być tymczasowo ewakuowana.

Blackbird
Jeszcze przed zakończeniem prac nad U-2, Lockheed zaczął konstruować Lockheed'a A-12 OXCART, 3-Machowy samolot, późniejsza wersja słynnego SR-71 Blackbird. Charakterystyka samolotu, wymagała potężnego rozbudowania bazy. Do czasu gdy pierwszy prototyp wzbił się z lotniska w 1962, główny pas startowy został przedłużony do 2600 m, a liczba osób obsługujących bazę wyniosła ponad 1000. Strefa 51 miała zbiorniki paliwa, wieże kontroli lotów oraz boisko do baseballa. Wzmocniono także ochronę - zamknięto pobliską kopalnię, pobliskie tereny stały się zakazaną dla cywilów strefą (wejście do tej strefy groziło śmiercią). W bazie tej odbywały się pierwsze loty samolotów Blackbird takich jak A-12, SR-71, nieudanej wersji YF-12 jako myśliwca przechwytującego, oraz D-21 (UAV).

Have Blue/Senior Trend/F-117
Pierwsze prototypy Have Blue (rodzina F-117 Nighthawk) latały w Groom Lake w 1977 roku. Testowanie serii wyjątkowo tajnych prototypów kontynuowano do 1981, kiedy to zaczęto już produkować F-117. Oprócz latania, sprawdzano tam także wykrywanie przez radary oraz uzbrojenie tych samolotów. Następnie wszelkie operacje związane z F-117 przeniesiono do Tonopah Test Range, a następnie do Holloman Air Force Base.

Teorie spiskowe
Najpopularniejsze teorie spiskowe związane ze Strefą 51 dotyczą przetrzymywania i badania pozaziemskich form życia pochodzących z obiektu, który rozbił się w 1947 roku w pobliżu Roswell stanu Nowy Meksyk. Częste są również spekulacje o samolocie hipersonicznym o nazwie Aurora, osiągającym kilkakrotną prędkość dźwięku. Oprócz tego, twierdzono że odbywają się tam badania na temat nowoczesnych broni energetycznych, kontrolą pogody, podróży w czasie.

PSYCHOTRONICZNI SZPIEDZY

W 1995 roku rząd Stanów Zjednoczonych zakończył realizację 20-letniego programu szkolenia agentów obdarzonych paranormalnymi zdolnościami. Obecnie przedstawiciele rządu zaprzeczają wszystkiemu. Co starają się ukryć?

Byłego komisarza kalifornijskiej policji, Pata Pricea, zapytano, co kryje się za podanymi mu współrzędnymi geograficznymi? Pat napisał pięciostronicowy raport, w którym opisał ukryte za współrzędnymi budynki oraz ich otoczenie. Co więcej, potrafił opisać wnętrza tych budynków wraz ze wszystkimi szczegółami, takimi jak wyposażenie znajdujące się w każdym z pokoi, a nawet odczytał nazwiska pracowników z przymocowanych do biurek tabliczek. Jedynie ostatnie słowa jego raportu wydawały się być pozbawione sensu: "Kula bilardowa, żółta jedynka, czarna ósemka, dziura". Okazało się, że są to kryptonimy akt zamkniętych w jednej z szaf. Price nie wiedział, że opisał supertajny ośrodek łączności Biura Bezpieczeństwa Narodowego (NSA) znajdujący się 210 km od Waszyngtonu. Nigdy tam nie był i w momencie pisania raportu przebywał na drugim końcu kontynentu, w Kalifornii, w Instytucie Badawczym Stanford (SRI). Prowadzący eksperyment byli poruszeni. Równie wstrząśnięci wynikami eksperymentu byli funkcjonariusze NSA, natychmiast też zarządzili przegląd systemów bezpieczeństwa. Przez następne dwa lata, aż do śmierci w 1975 roku Price znajdował się w centrum jednego z najbardziej niezwykłych wojskowych programów badawczych naszych czasów. Ów program, o kryptonimie Scanate, był jednym z serii finansowanych przez CIA przedsięwzięć, których celem było zbadanie możliwości wykorzystania percepcji pozazmysłowej do zadań wywiadowczych. Efektem tych prac miał być nowy rodzaj agenta: psychotroniczny szpieg. Wykorzystywanie umiejętności paranormalnych w celach wywiadowczych ma długą tradycję. Według Starego Testamentu Eliasz uratował Izrael przed klęską militarną dzięki swej zdolności przewidywania przyszłości. Podobnie było w przypadku Joanny D'Arc i jej zwycięstw nad Anglikami. W czasie I wojny światowej armia czeska z powodzeniem wykorzystywała różdżkarzy do wykrywania min. To samo robiła armia amerykańska w Wietnamie.

POWIĄZANIA Z NAZISTAMI

W czasie II wojny światowej pojawiła się cała masa jasnowidzów. W 1941 roku nadworny jasnowidz Stalina Wolf Messing przepowiedział śmierć Hitlera i porażkę Niemiec. Hitler natychmiast wyznaczył nagrodę za jego głowę. Nazistowskie władze były do tego stopnia zafascynowane astrologią i zjawiskami paranormalnymi, że doprowadziły do powstania Instytutu Różdżkarstwa w Berlinie. Jego głównym zadaniem miało być wykrywanie statków wroga. Kiedy wiadomość o tym dotarła do Londynu, młody oficer Wywiadu Marynarki Wojennej Ian Fleming - ten sam, który po wojnie wymyślił Jamesa Bonda - sfabrykował przeciek o sukcesach brytyjskich różdżkarzy. Niemcy byli skonsternowani, tym bardziej, że w owym czasie tracili bardzo dużo łodzi podwodnych. Jednak prawdziwy rozkwit szpiegostwo parapsychiczne przeżywać zaczęło dopiero w okresie zimnej wojny. Wprawdzie ówczesna propaganda mieszała fakty z fikcją, z pewnością jednak blok komunistyczny wyprzedzał pod tym względem Zachód. Wydawano tysiące, jeśli nie miliony, dolarów na badanie zjawisk paranormalnych.

NIEBEZPIECZNE EKSPERYMENTY

Niektóre eksperymenty były dosyć nieprzyjemne. Przykładem może być Nina Kułagina z Leningradu, która nauczyła się zabijać żaby, zatrzymując na odległość pracę ich serc. Dr Milan Ryzl, czeski biochemik, który miał okazję odwiedzić radzieckie laboratoria (w 1967 roku zbiegł do USA) uważa, że ostatecznym celem tych badań miało być kontrolowanie ludzkich myśli. W 1954 roku na drugą stronę Żelaznej Kurtyny przeszedł oficer KGB, dr Mikołaj Kokow. Jego relacje były znacznie bardziej niepokojące. Twierdził on bowiem, że KGB przeprowadza próby z tzw. bronią psychotroniczną. Celem tych eksperymentów było wykorzystanie zdolności paranormalnych do niszczenia pocisków, oślepiania systemów radarowych i zakłócania pracy komputerów. Podobno Rosjanom udało się za pomocą energii psychotronicznej złamać ludzki kręgosłup. Niezależnie od stopnia prawdziwości tych rewelacji, Stany Zjednoczone nie mogły sobie pozwolić na zlekceważenie potencjalnych korzyści płynących z energii psychicznej. W 1971r. kosmonauta Edgar Mitchell w czasie wyprawy statku Apollo 14 próbował nawiązać telepatyczny kontakt z odbiorcą znajdującym się na Ziemi. Eksperyment zakończył się fiaskiem, ale już w następnym roku NASA rozpoczęło prace nad skonstruowaniem urządzenia, które miało pomóc kosmonautom w telepatycznym porozumiewaniu się. Pomysłu nie udało się zrealizować, ale dwóch naukowców zaangażowanych w prace nad tym projektem, Harold Puthof i Russell Targ, kontynuowało badania w Instytucie Badawczym Stanford (SRI), częściowo dzięki finansowej pomocy NASA. W owych latach aż 70% funduszy tego instytutu pochodziło ze zleceń rządowych. W 1972 roku Targ i Puthof, fizycy kwantowi, zetknęli się z nowojorskim malarzem, Ingo Swannem. Swann należał do pracującej pod egidą Amerykańskiego Towarzystwa Badań nad Psychiką grupy badawczej zajmującej się zjawiskiem jasnowidzenia. Tag i Puthof zdali sobie sprawę z możliwości wykorzystania takich zdolności i zorganizowali zespół badawczy, na czele którego stanęli Swann i emerytowany komisarz policji Pat Price.Wyniki prac okazały się bardzo obiecujące i zostały przez twórców zespołu uznane za wielki sukces. Nieomal od razu zainteresował się nimi wywiad. Już w październiku 1972 zaaranżowano spotkanie między Puthofem a pewnym anonimowym naukowcem. Według Swanna efektem owego spotkania była dotacja w wysokości 50 000 dolarów przeznaczona "na badania nad powtarzalnym zjawiskiem mogącymi mieć zastosowanie w wywiadzie".

TAJEMNICZY SPONSOR

Nowy sponsor występował pod nazwą "East Coast Challenger", jednak tajemnicą poliszynela było to, że kryje się za nią CIA. Na jej zlecenie SRI miało w ciągu ośmiu miesięcy opracować metodę szpiegowania za pomocą zdolności parapsychicznych. W ten sposób Targ i Puthof rozpoczęli prace nad projektem Scanate. Po miesiącach poszukiwań i eksperymentów, w czerwcu 1973 roku, naukowcy z SRI uznali, że udało im się odnaleźć "powtarzalne zjawisko", które powinno zadowolić ekspertów z CIA. Puthof spotkał się z East Coast Challenger i przedstawił wyniki badań. W ciągu tygodnia Ingo Swann otrzymał do rozpoznania swoje pierwsze współrzędne z agencji wywiadowczej. Pojawiła się nowa, psychotroniczna metoda wywiadowcza.

POCZĄTKI UTAJNIENIA

Zwolennicy wykorzystania jasnowidzenia jako metody wywiadowczej mieli teraz mniej problemów z przekonaniem odpowiednich osób w Pentagonie, że warto przeznaczyć większe kwoty na badania tego zjawiska. Wkrótce jednak, nadmierne zainteresowanie mediów sukcesami naukowców skłoniło rząd do utajnienia wyników programu. Wreszcie, kiedy w 1975 roku umarł Pat Price, władze ogłosiły zakończenie badań. Takie przynajmniej jest oficjalne stanowisko. Jednak jeszcze w 1978 roku przedstawiciele rządu starali się zasięgnąć informacji o wynikach badań w pięciu spośród 14 amerykańskich laboratoriów parapsychologicznych. Kiedy w 1980 roku w Iranie zatrzymano amerykańskich zakładników, rząd ponownie zwrócił się o pomoc do ludzi z SRI. Mimo zaprzeczeń, Pentagon wciąż finansował badania nad zjawiskami parapsychicznymi. W 1977 roku powstał nowy program badawczy o kryptonimie Grillflame, dzięki któremu amerykańskie służby wywiadowcze zyskały swoich własnych psychotronicznych szpiegów. Wyszkolonych w jasnowidzeniu agentów wywiadu wojskowego umieszczono w Fort Mead w Maryland.

OPERACJA GWIEZDNE WROTA

Projekt Grillflame został oficjalnie zamknięty w 1983 roku, w rzeczywistości jednak prace kontynuowano w tajemnicy -fundusze na badania nadal pochodziły z budżetu Pentagonu, nie były jedynie księgowane pod hasłem Grillflame. Zmienił się również kryptonim. Początkowo na Centerlane, potem na Sunstreak, ostatecznie na Stargate (Gwiezdne Wrota), a pieczę nad badaniami przejął kontrwywiad wojskowy. Władze były pod wrażeniem rezultatów. Generał Edmund Thompson, ówczesny szef wywiadu wojskowego, tak opisuje swój stosunek do badań: "Interesowało nas nie tyle wyjaśnienie mechanizmów tego zjawiska, co możliwość jego wykorzystania w praktyce". Mimo utajnienia całego programu, wiadomo, że agenci-media penetrowali nieomal cały świat. Brali udział w lokalizacji tajnych tuneli wykopanych pod granicą między Północną a Południową Koreą, odnaleźli radziecki bombowiec, który uległ katastrofie w Afryce. Uczestniczyli w sprawie zabójstwa prezydenta Parka w Korei Południowej. Wykrywali próby jądrowe w Chinach, ośrodki szkoleniowe terrorystów Hezbollah na Bliskim Wschodzie. Wskazali miejsce pobytu Generała Kadafiego w czasie amerykańskiego nalotu na Tripolis. Mimo tych sukcesów opinia publiczna pozostała sceptyczna do tego stopnia, że zarządzono nawet dochodzenie w sprawie najtajniejszych operacji Pentagonu. Wyniki dochodzenia nie zostały ujawnione, jednak w 1986 roku ostatecznie zamknięto prace badawcze. Czy na pewno? W 1995 r. wydano oficjalne oświadczenie, według którego Fort Maed został zlikwidowany - po co jednak wydawać oświadczenie w sprawie obiektu oficjalnie nie funkcjonującego już od dziewięciu lat? Czyżby więc wojsko wciąż było zainteresowane osiągnięciami parapsychologii? Nie ulega natomiast wątpliwości, że zainteresował się nimi sektor prywatny. Po oficjalnym zamknięciu Fortu Maed, jeden z jego czołowych agentów, major Ed Dames, założył firmę Psi-Tech, która zajmuje się zdobywaniem informacji przy użyciu zdolności parapsychicznych. Psi-Tech szczyci się swymi wpływowymi klientami, wśród których można znaleźć nawet rząd Stanów Zjednoczonych. W końcu Psi-Tech jest jakby kontynuacją programu Grillflame. Obecnie Dames uczy technik jasnowidzenia w Beverly Hills. To dzięki niemu udało się odnaleźć narzędzie zbrodni w słynnej sprawie OJ. Simpsona.

CIĄG DALSZY

Czyżby więc historia zatoczyła koło i wywiad psychotroniczny znowu miał wrócić w ręce cywilnych zapaleńców? Joseph McMoneagle, pierwszy oficer wywiadu wojskowego wyszkolony w Fort Mead, uważa, że nie: "Jako medium, a jednocześnie oficer wywiadu, mogę jedynie powiedzieć, że program Grillflame został zamknięty i z całą pewnością nie będzie wznowiony. Rząd nigdy nie korzystał z usług mediów kontraktowych i nie sądzę, by robił to w przyszłości z tej prostej przyczyny, że takich ludzi nie można w pełni kontrolować. Dlatego właśnie stworzono Fort Mead". Być może jednak ostatnie słowo należy do Stanfielda Turnera, szefa CIA, który zapytany, czy wywiad korzysta z osiągnięć psychotroniki, odpowiedział: żaden oficer wywiadu nie może zupełnie zlekceważyć niczego, co może okazać się potencjalnym źródłem wartościowych informacji."

Ciekawostki
-czyli co w trawie piszczy
nie tylko A51

POMOCNA DŁOŃ
Sierżant Bob Mann z brytyjskiej ochotniczej armii rezerwowej brał udział w wyprawie na szczyt Kinbalu we wschodniej Malezji w 1994 roku. Grupa Manna zgubiła się w dżungli i kiedy już wydawało się, że odnaleźli drogę, sierżant Mann poślizgnął się i upadł na swoją maczetę, raniąc się w dłoń tak głęboko, że nieomal odciął sobie dwa palce. Mimo opatrunku, rana wkrótce została zainfekowana, pojawiła się gangrena i Mann obawiał się, że straci rękę. Po ośmiu dniach udało im się dotrzeć do małej, zagubionej w górach wioski. Bob stracił przytomność. Miejscowa znachorka włożyła jego gnijącą rękę do garnka, do którego wcześniej wrzuciła mięso węża, zwierzęce kości i zioła. Po 20 min. infekcja zniknęła, a rana zaczęła się zabliźniać.

ODŻYWKA MĄDROŚCI
Jak donosi The Economist, po 30 latach uporczywych badań, japońskiemu naukowcowi Yoshiro Nakamatsie udało się odkryć przepis na pożywkę dla mózgu. Według autora przepisu, jedząc specjalne "ciasteczka mądrości" stajemy się mądrzejsi niż dotychczas, a jeśli przy tym nie będziemy sobie żałować seksu i zabawy, to powinniśmy dożyć 144 lat. Zapaleńcy mogą też skorzystać z innych wynalazków Nakamatsy: wyposażonych w sprężyny butów do biegania, czy z erotycznej zabawki o wdzięcznej nazwie "dysza miłości".

UPRZĄTANIE DUCHÓW
W Nowym Jorku nieomal na każdym rogu znaleźć można sklep z magicznymi akcesoriami i podręcznikami dla początkujących mediów. Ostatnio jednak, jak donosi Elle, pojawił się zupełnie nowy rodzaj usług: "oczyszczanie domów ze złych mocy". Eleni Santoro wykorzystuje swój talent do neutralizacji złej aury w nawiedzonych domostwach, przywracając je do równowagi energetycznej. Koszt takiego zabiegu waha się pomiędzy 300 a 2500 dolarów, w zależności od skali problemu. Specjalnością pani Santoro są domy, w których ktoś umarł, oraz te, których mieszkańcy ciągle się ze sobą kłócą.

WIZJE ŻYCIA PO ŚMIERCI?
Miliony ludzi, którzy otarli się o śmierć, opisują doświadczenie opuszczenia swojego ciała i podróży do innego świata. czyżby był to dowód na istnienie życia po śmierci, czy też są to tylko ostatnie myśli gasnącego mózgu?

Kiedy KGB postanowiło zamordować Cotne Rodonaja, gruzińskiego dysydenta, nie pozostawiono mu najmniejszej szansy. Najpierw potrącili go samochodem, a następnie, dla pewności, jeszcze raz przejechali. Ciało zostało jak najszybciej zabrane do kostnicy i zamrożone, by można było dokonać sekcji zwłok. Po trzech dniach, kiedy patolog zrobił pierwsze nacięcie, Rodonaja otworzył oczy. Lekarz zamknął je i kontynuował zabieg, ale oczy otworzyły się znowu. Na przekór wszystkiemu, Rodonaja żył. Sam fakt, że Cotne Rodonaja przeżył, jest niesamowity, jednak najbardziej zdumiewająca była jego opowieść o tym, co widział w czasie, kiedy był "martwy". Miał wrażenie, że znalazł się w świetlistym świecie, w którym nie obowiązywały prawa fizyki. Mógł przemieszczać się dokąd chciał, widzieć poprzez ściany, czytać ludzkie myśli i odbywać podróże w czasie. Lekarze nie uwierzyliby mu, gdyby nie dowody, jakie im przedstawił. W czasie swej "podróży" słyszał płacz noworodka w pobliskim szpitalu. Dzięki swej nadnaturalnej percepcji zdołał dostrzec, że dziecko ma pęknięte biodro, o czym nie wiedzieli lekarze. Po odzyskaniu mowy (po trzech dniach od przebudzenia) natychmiast poinformował o tym personel szpitala. Oczywiście Rodonaja nie mógł wiedzieć o istnieniu dziecka, nie mówiąc już o jego obrażeniach. Jednak prześwietlenie promieniami rentgena potwierdziło jego słowa. Dotychczas jedynym wytłumaczeniem tej tajemniczej historii jest wersja podana przez samego Rodonaja.

MATERIAŁ DOWODOWY

Cotne Grigoriewicz Rodonaja "zmarły" w 1976 r., mieszka obecnie w Teksasie i jest pastorem w kościele metodystów. Z doświadczeniem własnej śmierci (ang. NDE - Near-Death Experience) mamy do czynienia, kiedy człowiek umiera i ma wizje życia po śmierci, zanim wróci do świata żywych. Opisy tego stanu mają wszelkie cechy doskonałego kłamstwa; są proste, niesprawdzalne i ludzie chętnie w nie wierzą. Ale czy rzeczywiście jest to kłamstwo? Przeprowadzone w 1992 roku badania wykazały, że w samych Stanach Zjednoczonych 13 mln ludzi doświadczyło czegoś w rodzaju przeżycia własnej śmierci. Miliony innych przypadków opisano w tak odległych od siebie krajach, jak Wielka Brytania, Indie, Chiny czy Zair. Zwraca uwagę fakt, iż w większości przypadków relacje ludzi, którzy doświadczyli własnej śmierci, są do siebie podobne, niezależnie od wyznawanej religii czy wierzeń.

KU ŚWIATŁU

Typowe NDE zaczyna się od tego, że umierający niejako opuszcza swe ciało i zaczyna widzieć świat z perspektywy ptaka. Następnie wchodzi do ciemnego tunelu, na końcu którego lśni mocne światło. Kiedy już dociera do źródła owego światła, doznaje zazwyczaj uczucia absolutnego spokoju, w momencie tym często pojawia się wizja Boga. W niektórych przypadkach owa wizja zastąpiona jest obrazem piekła. Po wejściu w strefę światła umierający słyszą głos, który zadaje im pytania; Czy udało im się coś osiągnąć? Czy zrobili coś złego? Następnie głos stwierdza, że skoro mają jeszcze coś do zrobienia na ziemi, to muszą tam wrócić. Niechętnie poddają się temu nakazowi, a po powrocie do świata żywych ich światopogląd ulega zwykle zmianie. Śmierć nie budzi już obaw, a dotychczasowy materializm zostaje zastąpiony postawą nakierowaną na sprawy duchowe. Podobieństwo cechujące większość opisów tego stanu sugeruje, że mamy tu do czynienia z czymś, co dzieje się naprawdę. Wciąż jednak pozostaje pytanie: czy jest to przemiana duchowa, czy tylko wynik zmian psychofizycznych?

UMIERAJĄCY MÓZG

Dr Susan Blackore, psycholog z Uniwersytetu West of England, twierdzi, że wiele opisanych przypadków może być wyjaśnionych jako wynik niedotlenienia mózgu. "Gasnący mózg może wciąż budować modele świata," twierdzi dr Blackmore, "tyle, że nie będą one powstawać w oparciu o doświadczenie zewnętrzne, lecz z pamięci i wyobraźni. Podobnie jak sny i wspomnienia, mogą być one oglądane z perspektywy ptaka." Teoria dr Blackmore stała się przedmiotem ostrej krytyki. Profesor David Fontana z Uniwersytetu Minho w Portugalii podkreśla, że w wielu relacjach pojawiają się zupełnie nowe dla opisujących je osób zdarzenia, które nie mogły pochodzić ze wspomnień, czy też wyobraźni. Potwierdziły to eksperymenty przeprowadzone na ochotnikach, którzy zgodzili się przebywać w komorze z ograniczoną ilością tlenu. Ich sprawność fizyczna, jak i psychiczna, w tym pamięć, zmniejszyła się znacznie. Mimo że niektórzy mieli halucynacje, ich wizje w niczym nie przypominały klarownych opisów stanu, w jakim znajdowali się umierający. Według dr Blackore "samo niedotlenienie mózgu nie wyjaśnia efektu doświadczenia śmierci. Być może jest to efekt zwiększonego wydzielania endorfiny". Endorfina to substancja podobna w działaniu do morfiny, uwalniana w mózgu pod wpływem stresu. To dzięki niej, np. w razie złamania kości, jesteśmy w stanie poradzić sobie z bólem. Zatem, w momencie śmierci endorfina stanowiłaby coś w rodzaju naturalnej tabletki nasennej.

WIZJE PIEKŁA

Argument z endorfiną ma swój słaby punkt. Mózg, który próbowałby uwolnić organizm od bólu, starałby się raczej wytworzyć przyjemne wizje. Niestety, nie wszystkie doświadczenia ludzi, którzy przeżyli własną śmierć, są przyjemne, a wielu z nich odwiedza krainę koszmaru. Podobnie jak wizje nieba, tak i obrazy piekła są do siebie bardzo podobne. Doktor Maurice Mawlings, kardiolog, zauważył, że wielu jego pacjentów opisywało swoje "pośmiertne" podróże jako wyprawy w głąb piekieł. Oto jedna z takich relacji: "Spoglądałem z góry na swoje ciało, leżące wciąż na stole operacyjnym. Nagle zostałem wciągnięty do jakiegoś ciemnego miejsca, w którym pełno było pyłu, a powietrze było niewyobrażalnie gorące. Byłem przerażony. Miałem wrażenie, że coś mnie obserwuje, jakieś demony, czy potwory... Zacząłem krzyczeć, żeby mnie wypuścili. Wtedy znalazłem się znowu w swoim ciele. Od tej pory bardzo się boję śmierci. Nie potrafię zasnąć przy zgaszonym świetle."

EFEKT ZBIEGA

Argument o wpływie endorfiny staje się jeszcze mniej przekonywujący, jeśli weźmie się pod uwagę tzw. "efekt zbiega". Jak podkreśla profesor Fontana, bardzo niewielu sportowców, którzy w czasie zawodów mają podwyższony poziom endorfiny, dzięki czemu ich wydolność znacznie się zwiększa, doświadcza czegoś, co przypominałoby wizje ludzi, którzy przeżyli własną śmierć. Znane przypadki doświadczenia własnej śmierci dotyczyły jedynie takich sportowców, jak samotni żeglarze, czy alpiniści. Jednak, jak twierdzą świadkowie, były one związane nie tyle z efektem zwiększonego wydzielania endorfiny, co z rzeczywistym zagrożeniem życia. W 1994 r. alpinistka Jacąui Greaves odpadła od ściany w szkockich górach Cairngorms i spędziła 16 godzin w lodowatym kamieniołomie. "Czułam się bardzo dziwnie", opisuje swoje przeżycia Jacąui, "miałam wrażenie, że opuściłam swoje ciało i znalazłam się w pięknej, błękitnej krainie. To było cudowne uczucie, a co najważniejsze, nie czułam już zimna." Być może to dzięki temu doświadczeniu, Jacqui znalazła siły, by zbudować sobie ze śniegu osłonę, która pomogła jej przetrwać aż do nadejścia pomocy. Wizje życia po śmierci mogą być też wyjaśniane jako reakcja mózgu na leki, czy nawet efekt zatrucia krwi spowodowanego niewydolnością nerek. Zważywszy na fakt, iż często w celu zmniejszenia bólu podaje się umierającym morfinę, lub inne halucynogenne narkotyki, można przyjąć, że to właśnie narkotyki wywołują wizje, o których opowiadają ci, którzy wymknęli się śmierci. Jednak w większości znanych przypadków, narkotyki nie były podawane. Co więcej, jeden z tych, którzy przeżyli, Steven Ridenhour, na co odzień używający narkotyków, próbował potem odtworzyć ów szczególny stan przy pomocy najrozmaitszych nielegalnych używek. "Niestety, żaden nie dawał tego efektu, nie udało mi się osiągnąć nawet w przybliżeniu podobnego stanu." Niemal wszyscy ludzie, którzy doświadczyli własnej śmierci, zmieniają się zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Sceptycy mogą nie wierzyć w ich zapewnienia, trudno jednak nie liczyć się z faktami.

CUDOWNE UZDROWIENIA

W 1982 roku u Mellena-Thomasa Benedicta, operatora filmowego, stwierdzono nieuleczalnego raka. Zgodnie z przewidywaniami lekarzy zmarł i przez 90 minut znajdował się w stanie śmierci. W tym czasie Benedict doświadczał standardowych wizji, po czym powrócił do swojego ciała. Nauka jest w stanie wyjaśnić to, że po ponad godzinie znowu zaczęło bić serce. Nie potrafi jednak wytłumaczyć, dlaczego, kiedy pacjent obudził się, po "nieuleczalnym" raku nie było ani śladu.

NOWE BADANIA

Uzdrowienie M.T. Benedicta dowodzi, że tak psychiczne wydawałoby się zjawisko, jakim jest doświadczenie własnej śmierci, może wywoływać zmiany fizyczne. Dwa zupełnie niezależne programy badawcze wykazały, że owe zmiany mogą mieć bardzo różny charakter, jak również, że zjawisko to dotyczy niemal 90% badanych. Do najbardziej typowych zmian należą: obniżenie ciśnienia krwi, nadwrażliwość na hałas i jasne światło, alergie, a nawet uczulenie na domowe chemikalia. Zwrócono również uwagę na zaburzenia elektryczne, z jakimi spotykali się badani. 35% twierdziło, że częściej wybuchają im teraz żarówki. 20% zauważyło zaburzenia w ich komputerze osobistym. Połowa zakłócała odbiór telewizorów. Poza tym zaobserwowano całą gamę mniej typowych objawów, od zegarków, które przestawały chodzić, po nie działające telefony. Jak zatem jest naprawdę? Na pewno wiemy tylko tyle, że odpowiedź poznamy w dniu swojej własnej śmierci. Nauka jest bezradna. Niedotlenienie, endorfina i leki wyjaśniają część przypadków, nie są jednak w stanie wyjaśnić zjawisk paranormalnych. Skąd Cotne Rodonaja mógł wiedzieć o złamanym biodrze dziecka? Co stało się z "nieuleczalnym" rakiem Mellena-Thomasa Benedicta? Relacje ludzi, którzy przeżyli własną śmierć, wydają się być prawdziwe. Wszyscy, niezależnie od wyznawanych religii, mieli podobne wizje. Czyżby więc nasz umysł w obliczu śmierci opuszczał ciało? Czyżby stan podwyższonej świadomości był naturalną cechą naszej psychiki?

NOWE SPOJRZENIE NA ŻYCIE

Parapsycholog David H. Lund w swojej książce "Śmierć a świadomość" pisze: "Postrzeganie pozazmysłowe staje się tym wyraźniejsze, im bardziej zmniejsza się wpływ umysłu. Z takim właśnie zjawiskiem mamy do czynienia w przypadku doświadczenia śmierci. Świadomość utrzymuje się nawet wówczas, kiedy ciało (wliczając w to mózg) staje się zbędne." Być może to sceptycy mają jednak rację? Wizje życia po śmierci mogą być kreowane przez umierający mózg. Jeśli jednak umierający mózg potrafi wzbudzić nasze siły psychiczne, to ludzie, którzy przeżyli własną śmierć, mają okazję dowiedzieć się czegoś nie tyle o życiu po śmierci, ile o drzemiących w człowieku możliwościach. Chociaż nie pomaga nam to w wyobrażeniu sobie "życia po życiu", to przynajmniej dowiadujemy się czegoś o życiu jako takim

NA TROPIE UFO
WYWIAD Z CZOŁOWYM ZNAWCĄ UFO STANTON T. FRIEDMAN UWAŻA, ŻE RZĄD AMERYKAŃSKI UKRYWA PRAWDĘ O LATAJĄCYCH TALERZACH.

Książka kupiona za dolara w 1959 r. rozbudziła w młodym amerykańskim fizyku nuklearnym zainteresowanie UFO. Prawie czterdzieści lat później Stanton T. Friedman razem z Donem Berlinerem napisał własną książkę o katastrofie latających talerzy w okolicach miasteczka Roswell zatytułowaną Katastrofa na Koronie. Następna książka Ściśle tajne/Program Majestic-12 dotyczy tajnego programu rządowego, którego celem było jakoby zebranie dowodów na obecność obcych statków kosmicznych na Ziemi. Wygłosił ponad siedemset wykładów na całym świecie i, jak twierdzi, udało mu się przekonać do swoich poglądów nieomal wszystkich swoich słuchaczy. Obecnie mieszka w Kanadzie i pracuje naukowo nad problemami takimi jak konserwacja żywności promieniowanie, czy kontrola zanieczyszczeń. Niechętnie rozmawia z ludźmi nie wierzącymi w latające talerze. Uważa, że są to, "sterowane przez inteligentne istoty pozaziemskie statki gwiezdne". Mimo swoich 61 lat Friedman nie widział jeszcze latającego talerza na własne oczy.

Jak pan sądzi, ilu ludzi widziało latające talerze?
Pytam o to często w trakcie moich wykładów. Niewielu ludzi odważa się przyznać, że widziało UFO, choć przecież wiedzą, że nie będę się śmiał. Zwykle jest to dziesięć procent obecnych na sali. Wówczas pytam, ilu z nich zgłosiło komuś o tym fakcie? Jestem zadowolony, jeśli jedna dziesiąta tych dziesięciu procent podniesie ręce. Wielu ludzi widziało latające talerze, ale zgłaszają to tylko nieliczni.

Co sprawiło, że zainteresował się pan problemem UFO?
Zamawiałem książki w księgarni wysyłkowej i brakowało mi jeszcze jednego tytułu, żeby dostać zniżkę. Znalazłem książkę o UFO napisaną przez kapitana lotnictwa Edwarda Ruppelta, który w swoim czasie był szefem programu badawczego Błękitna Księga (ostatni oficjalny rządowy program badawczy dotyczący UFO). Przeczytałem książkę i zaintrygowało mnie to, co tam znalazłem. Potem przeczytałem jeszcze piętnaście książek, kilka lat spędziłem na przeszukiwaniu różnych archiwów i muszę przyznać, że mnie to wciągnęło.

I do jakich doszedł pan wniosków?
Dowody w sposób bezsprzeczny wskazują na to, że nasza planeta jest odwiedzana przez rozumnie sterowane pozaziemskie statki kosmiczne. Z drugiej strony, jedynie niektóre UFO to rzeczywiście statki kosmiczne z innych planet. Sprawa latających talerzy przypomina nieco aferę Watergate. Chodzi o to, że paru ludzi naprawdę wysoko postawionych ma od czasów katastrofy w Nowym Meksyku w 1947 roku pełną świadomość, że niektóre z niezidentyfikowanych obiektów latających to rzeczywiście statki obcych.

Wspomniał pan o incydencie, jaki miał miejsce w Roswell. Jak się pan o nim dowiedział?
Zainteresowałem się tym w 1978 r., kiedy miałem okazję spotkać jednego z naocznych świadków. Ód tej pory udało mi się porozmawiać o tym z 200 osobami, z których 30 brało udział w odkryciu a następnie w utajnieniu obu katastrof.

Wierzył pan, że po tylu latach świadkowie będą pamiętać szczegóły tamtych zdarzeń?
Oczywiście, że nie. Zbierałem relacje i uznawałem za prawdziwe tylko te, które udało mi się zweryfikować. Porównywałem je z artykułami, jakie ukazały się wówczas w gazetach od Chicago aż do zachodniego wybrzeża. Poza tym odnalazłem intrygujące akta w archiwach FBI. Nie potwierdziły się natomiast rewelacje trzech kluczowych świadków z programu, jaki o incydencie w Roswell zrobiła brytyjska telewizja Channel 4. Na przykład Frankie Rowe, która tak przekonująco płakała przed kamerą, powiedziała, że jej ojciec, strażak, został wezwany, aby ugasić szczątki latającego talerza. Niestety po sprawdzeniu, trudno w to uwierzyć. We władzach miejskich Roswell dowiedziałem się, że nikt by się nie zgodził na wysłanie wozów straży pożarnej dalej niż 50 km od miasta, pozbawiając je na ten czas ochrony przeciwpożarowej.

Czy to prawda, że najbardziej niewdzęczną stroną pracy ufologa jest użeranie się z oszustami?
Nie przepadam za określeniem "ufolog".sugeruje ono, że ufolog to ktoś, kto zajmuje się ufologią, czyli nauką o UFO. A nie jest to nauka w ścisłym tego słowa znaczeniu. Wystarczy, że ktoś przeczyta dwie książki i założy sobie teczkę z wycinkami i już uważa się za ufologa. Potem taki "znawca" wygłasza teorie nie mające najmniejszego oparcia w materiale dowodowym. Poza tym uważam, że media nie wykorzystują swojej szansy i nie zajmują się problemem, który mógłby się stać sensacją tysiąclecia.

Samo istnienie latających talerzy wciąż nie dla wszystkich jest oczywiste.
Jeśli się bliżej przyjrzeć argumentom wysuwanym przez te niewielkie grupki sceptyków, to okaże się, że są one jedynie efektownie sformułowane, natomiast nie są poparte żadnymi dowodami. Znam pięć obszernych naukowych opracowań dotyczących UFO, setki drobnych artykułów w pismach naukowych oraz dziesięć prac doktorskich. To nieprzebrane morze informacji, o których większość nie ma najmniejszego pojęcia. Na pewno zaś nie sięgnęli nigdy do nich tak zwani sceptycy. W czasie wykładów przedstawiam pięć książek napisanych przez naukowców i pytam, ilu z moich słuchaczy spotkało się z nimi? Mam szczęście jeśli dwa procent przeczytało chociaż jedną z nich.

Z jakimi reakcjami spotyka się pan ze strony czynników rządowych?
Ludzie zawsze chętnie ze mną rozmawiają. Moją ulubioną formą wywiadu jest rozmowa, w której pytania i odpowiedzi padają z obu stron. Natomiast w kontaktach z urzędnikami przypomina to ulicę jednokierunkową, to znaczy, że oni zadają pytania, ale nie udzielają mi żadnych informacji. Kiedy ostatnio byłem w Laboratorium w Los Alamos, na sali zabrakło wolnych miejsc. Poza tym zeznawałem przed komisją senacką w 1968 oraz w siedzibie ONZ w 1978 r.

Czy to, że jest pan naukowcem przeszkadza panu, czy pomaga w badaniach nad UFO?
To, że jestem naukowcem pomaga mi być rzetelnym w badaniach. W instytucie badania są ściśle nadzorowane. Zawsze ma się nad sobą kogoś, kto sprawdza obiektywizm formułowanych wniosków. Poza tym, to co robiłem jako fizyk zwykle było utajnione, dlatego poznałem procedury zabezpieczania danych. Dzięki temu teraz jest mi łatwiej szperać w rządowych archiwach. Po prostu wiem, gdzie i jak szukać.

Pańska najnowsza książka traktuje o dokumentach związanych z tak zwanym projektem Majestic 12. Co to za dokumenty?
Jeżeli istnieją, to stanowiłyby dowód, że prezydent Harry Truman powołał specjalną grupę badawczą złożoną z czołowych ekspertów ze świata nauki, wywiadu oraz wojska, która miała przeprowadzić dogłębną analizę danych dotyczących pozaziemskich obiektów latających. Przez dwanaście lat poszukiwałem choćby najmniejszego śladu, który mógłby potwierdzić istnienie tych dokumentów. W końcu udało mi się jedynie znaleźć dowody, że istniało coś, o czym nikt z zewnątrz nie mógł się dowiedzieć. Wygrałem $1000 od jednego ze swoich krytyków. Zakład dotyczył czcionki, jaką napisano jeden z dokumentów. Spędziłem całe tygodnie w bibliotekach i archiwach różnych instytucji, podczas gdy on nie zajrzał nawet do jednej. Jego zachowanie dowodzi intelektualnego bankructwa pseudonaukowców, przeciwników ufologii. Nie spotkałem się jeszcze z niczym co wykluczałoby istnienie dokumentów "Majestic 12"

Wierzy pan w przypadki uprowadzenia ludzi przez kosmitów?
To nie jest kwestia wiary. Jako naukowiec zbieram i sprawdzam dane. Każdy przypadek porwania musi być rozpatrywany oddzielnie. Znam wielu ludzi, którzy uważają, że porwania się zdarzają. Wierzę im, ponieważ nigdy wcześniej mnie nie okłamali, ale niestety nie mogę tego udowodnić.

Jak pan sądzi, dlaczego informacje o UFO są zatajane przed opinią publiczną?
Moim zdaniem jest pięć głównych powodów, dla których ludzie z rządu nie chcą ujawniać tego, co wiedzą. Przede wszystkim, chcą poznać budowę latających talerzy, dysponują one bowiem na pewno jakąś cudowną bronią i systemami obrony. Po drugie, co by się stało, gdyby jakieś obce mocarstwo rozgryzło tę zagadkę wcześniej? Po trzecie, gdyby rzeczywiście odtajnić te informacje, pokolenie, które wychowało się w epoce lotów kosmicznych, natychmiast zapytałoby, jak my wyglądamy w oczach przybyszów z gwiazd.

Czy byłoby w tym coś złego?
Nie znam rządu, w żadnym z państw, który zgodziłby się, żeby jego obywatele czuli się bardziej Ziemianami, niż np. Amerykanami, czy Francuzami. Po czwarte, fundamentaliści religijni cały czas utrzymują, że jesteśmy jedynymi inteligentnymi istotami we wszechświecie, a UFO to wytwór szatana. Ci ludzie mają duże wpływy w kręgach politycznych, a gdyby udowodniono im, że nie mają racji, to straciliby grunt pod nogami. Po piąte, niepewność mogłaby spowodować ekonomiczny chaos.

Zatem, czy jesteśmy gotowi do poznania prawdy o UFO?
Oczywiście. Zapewne jakiś odsetek ludzi i tak by nie uwierzył, podobnie jak 5 procent Amerykanów do dziś nie wierzy w lądowanie na księżycu. Trudno, tacy zawsze się znajdą. Informacje o UFO musiałyby jednak być podane w całości, bez żadnych zatajeń. Oczywiście nie w taki sposób, żeby wyjaśniać techniczne parametry obcych statków kosmicznych, a raczej w spokojny sposób poinformować, że nasza planeta jest odwiedzana przez inteligentne istoty spoza Ziemi. Najwyższy czas już wydorośleć.
Area 51
T#308490
Facebook
Aby pisać na forum musisz się zalogować !!!
rss · kontakt · załóż własne forum · TestHub.pl · korzystasz z forum? wesprzyj projekt!