<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"><channel><title>Zjawiska nadprzyrodzone</title><link>https://zjawiskanadprzyrodzone.iq24.pl/</link><description>zjawiska paranormalne</description><language>pl-pl</language><atom:link href="https://zjawiskanadprzyrodzone.iq24.pl/rss.xml" rel="self" type="application/rss+xml"/><lastBuildDate>Thu, 02 May 2013 12:02:40 +0200</lastBuildDate><item><title>Yowie</title><link>https://zjawiskanadprzyrodzone.iq24.pl/temat/308514#k1406613</link><description><![CDATA[W australijskich Górach Błękitnych, jednym z najdzikszych miejsc na świecie, znanych z wielu obserwacji UFO i innych dziwnych zjawisk, ukrywa się nieuchwytne potężne stworzenie, które nie dość, że zapędza się w pobliże ludzkich siedzib, to bawi się z nimi w chowanego. Co ciekawe, niektórzy twierdzą, że Yowie – opisywany jako masywny hominidy o krwistoczerwonych oczach może posiadać pewne paranormalne zdolności, w tym wywoływanie u świadków stanu lęku… ___________________________________ - Był jak dwunożny słoń noszący buty o rozmiarze 20 – w taki sposób Neil Frost, mieszkaniec Gór Błękitnych, opisał miejscowej policji przypominającą małpę istotę, którą napotkał w gęstym buszu niedaleko swego podwórka. Był luty 1993. Nauczyciel i świeżo upieczony ojciec, nie chciał obudzić swego najmłodszego dziecka odgłosami nocnej eskapady do toalety. Zamiast tego, wymknął się on tylnimi drzwiami na podwórze, aby w gęstych porastających je zaroślach, załatwić potrzebę. Gdy miał zamiar wracać, z cieni wyłoniła się wielka postać, która natychmiast podjęła ucieczkę. - Właśnie skończyłem i wykonałem krok lub dwa, zaś to coś wstało z krzaków i po prostu wystartowało – przypomina sobie Neil. Było niewiarygodne. Zdawało się wielkie, a ile ważyło... nie wiem, może 130 kg. Nie miałem na nie dobrego widoku. Nieco wstrząśnięty Neil ruszył to drzwi swego sąsiada, Iana „Lizarda” Price’a, herpetologa, który był wstrząśnięty widząc swego zwykle „cichego i nudnego” sąsiada walącego w okno jego sypialni w środku nocy. - Był w stanie niezwykłego podniecenia – przypomina sobie Ian. Powiedziałem wiec: „Zróbmy to”. W końcu, rzeczą na jaką mogło się to coś porwać było zabicie nas. Wkrótce para mężczyzn wspólnie wybrała się w pogoń za postacią, jednakże w buszu umknęła im ona, będąc zawsze jeden krok dalej. Tak zaczął się dziwaczny, wciąż trwający rytuał podchodów. Doniesienie o sprawie miejscowej władzy okazało się bezowocnym przedsięwzięciem. Mężczyźni dowiedzieli się potem, że dwaj lokalni konstable przeprowadzili wywiad od drzwi do drzwi, dowiadując się, że albo para poszukiwaczy potwora znana była jako wichrzyciele albo jako „narkomani”. Tak więc noc po nocy, dwaj mężczyźni ścigać mieli stworzenie, które oznajmiało im o swej obecności poprzez hałaśliwe tupanie w ziemię, przemykając między drzewami i będąc tuż na wyciągnięcie ręki. W poszukiwaniach ulotnego małpoluda, Neil i Ian odnaleźli coś, co zdawało się być odciskiem całego ciała w legowisku z trzcin w pobliżu ich domów. Natrafili także na odciski stóp, które jednak początkowo odrzucili, biorąc je za oszustwo. - Jestem dość dobrze wykształcony jeśli chodzi o rdzenną przyrodę tego kraju do tego stopnia, że potrafię zidentyfikować każde zwierzę, jeśli nie gatunek, to co najmniej rodzaj – mówi Ian. Ale to było dziwne. Mierzyło 2 m. wzrostu. Ważę 100 kg, ale my patrzyliśmy na stworzenie co najmniej trzy razy cięższe. Było duże. Biegało jak człowiek, ale nie do końca. W jego kroku było coś dziwnego. Ma przeraźliwy ryk. Ludzie mówią, że można narobić w spodnie, kiedy się jest naprawdę przerażonym, ale nie jest tak. Mógł on prześcigać nas, unikać wzroku i ogrodzeń z drutu kolczastego. To była wielka włochata bestia. Pomimo przerażającego spektaklu, Ian zachował swe poczucie humoru co do ryzyka związanego z pogonią za czymś tak wielkim i najprawdopodobniej niebezpiecznym. - Uważam, że mogę zyskać pośmiertną sławę. Powiedziałem do Neilla: „Jeśli to pourywa mi ręce i wepchnie je do dołu, nazwij go moim imieniem.” Innym razem Neil miał na tyle szczęścia i znalazł się w bezpośrednim sąsiedztwie istoty. - Trzymałem moją latarkę i świeciłem nią przed siebie, to coś zaś po prostu wstało, przechyliło się ku mnie i zaryczało mi w twarz – przypomina sobie Neil. Potem zaś pobiegło w busz. Było to dość przerażające, ale pamiętam, że miało to wielki łeb i czerwone ślepia. Ryknęło po raz kolejny, zaś po drugiej stronie doliny rozległ się szczek psów. Pamiętam, jak ludzie wychodzili z domów, aby uciszać swe psy. Potwory z Gór Błękitnych Incydenty z 1993, dały podstawę pod liczne obserwacje stworzenia wokół domów w wielu miastach Gór Błękitnych, wzdłuż Wielkiej Zachodniej Autostrady. Droga wije się przez ogromny obszar znajdujący się na liście Światowego Dziedzictwa, obejmujący ponad milion hektarów i składający się głównie z zalesionych terenów. Jest to obszar, który zyskał sobie miano „anomalnego” wśród badaczy zjawisk paranormalnych, z racji dużej liczby spotkań z UFO, dużymi kotami oraz Yowie, nie wspominając już o nawiedzonych domach z czasów osadnictwa kolonialnego. - Jest tu kawał ziemi, praktycznie nieznanej – mówi Ian. Popatrzcie na Grose River Valley – nikogo tam nie było. Spójrzcie na Wollemi Pine. To 30 – metrowe drzewo! Czy potwór, który ma 2 m. wzrostu i 300 kg wagi może zatem tu biegać i chować się? Może... Sosna Wollemi (Wollemia nobilis), tzw. „dinozaurowe drzewo”, choć uważane za dawno wymarłe, odkryte zostało na nowo w 1994 przez strażnika parkowego eksplorującego głęboki i wąski kanion w sercu Gór Błękitnych. Co najmniej 63 osoby spośród sąsiadów Neila i Iana, również widziały lub słyszały dwunożną istotę w pobliżu swych domów lub w gęstym, w dużym stopniu nieodkrytym buszu, jaki otacza miasta. Pewnego razu 9-latek, sąsiad Neila, bawił się ogniem i biegł przez busz z zapalonym kijem w dłoni. - Jak sobie można wyobrazić, nie była to najmądrzejsza z rzeczy, jakie można tam robić – mówi Neil, odnosząc się do częstych i niszczycielskich dla buszu pożarów. Wbiegł on po prostu na stworzenie – spojrzało na niego z góry, on zaś spojrzał w górę, a potem oboje pobiegli w przeciwne strony, zupełnie przerażeni. Pięknie opisał on to stworzenie, zwracając uwagę na fałdy skóry na jego twarzy, które były „skórzaste” i czarne, z gęstym futrem na zewnątrz – szarym z białawymi skrawkami. Na pierwszy rzut oka pomyśleć można, że naczelne o ogromnych rozmiarach odwiedzające często zamieszkane przez ludzi obszary w australijskim buszu, powinny być do tej pory już odkryte, zidentyfikowane i nazwane. W przeciwieństwie do USA, gdzie występuje wiele zwierząt, jak np. niedźwiedzie, Australia nie posiada zwierząt, jakie można byłoby przypadkowo wziąć za „Yowie” lub „Yahoo” – jak Aborygeni określają stworzenie ścigane przez Neila i Iana. Australia nie może się również pochwalić innymi naczelnymi, jak małpy czy małpy człekokształtne. Mimo wszystko z drugiej strony istnieje poważny niedobór dowodów fotograficznych czy nagrań video na istnienie stworzenia. Nie znaleziono nigdy całego czy nawet częściowego szkieletu. Własne wysiłki Neila położone w kierunku zebrania próbek DNA Yowie’go, zaprowadziły do nikąd. Jednakże wciąż będzie on kontynuował to wyzwanie, aż do udowodnienia, że kryje się za tym coś materialnego. Gipsowe odlewy stóp oraz fotografie śladów, jakie pozostawił Yowie, zostały wykonane w całej okolicy. Ukazują one gigantyczne odciski stóp mierzących trzy-, cztero- lub nawet pięciopalczastych stóp, które nie zdają się być w stanie wspierać ruchów wielkiego zwierzęcia, a co dopiero jego stabilizacji. Żadne inne zwierzę nie wykazuje podobnych cech, co „stopa Yowiego”. Wyglądają one czasem nawet odmiennie od ich odpowiedników u naczelnych. Czasami trudno uwierzyć w to, że Australię zamieszkuje nieznane jeszcze zwierzę, nie figurujące w podręcznikach, poruszające się z ogromną prędkością i posiadające charakterystyczne czerwone oczy. Musi mieć w sobie coś nie z tego świata… Śledząc nieuchwytne Starając się dowiedzieć nieco więcej o stworzeniu, Neil skontaktował się z miejscowymi Aborygenami z Burragorang, którzy początkowo niechętnie odnosili się do rozmów z białym człowiekiem o Yowiem, jednak zmienili zdanie kiedy ten opowiedział im swoją historię. Okazało się, że istota jest im dobrze znana i ma miejsce w ich kulturze. Opisywany jako umięśniony olbrzym Yowie miał według nich być ludożercą. Towarzyszył mu także zwykle nieznośny odór – cecha pojawiająca się także w dzisiejszych relacjach o stworzeniu. Mimo wszystko, opowieści miejscowych z Burragorang postawiły przed Neilem większą ilość pytań niż odpowiedzi. - Aborygeni powiedzieli mi, że istoty te żyją w drzewach, ale myślę, że to złudzenie, ponieważ mogą co najwyżej kryć się za drzewami – mówi Neil. Inne historie mówią również, że Yowie ma umieszczone w odwrotną stronę stopy, co nie jest oczywiście prawdą, ale może wskazywać na to, że są one cholernie trudne do wytropienia. Odniesienie do stóp to kolejna legenda, która towarzyszy opowieściom o małpoludach z całego świata, która jednocześnie zwraca nam uwagę na ich nadnaturalne pochodzenie. Neil uważa jednak, że to zupełnie realne stworzenie, odrzucając wszelkie możliwości dotyczące jego paranormalnych zdolności. Jedną z osób, które przyczyniły się do bardziej nieziemskiego portretu Yowiego był australijski poszukiwacz potworów (weteran na tym polu), Tony Healy wraz ze swym kolegą, Paulem Cropperem dołożył starań, aby stworzyć największe dzieło w tym temacie wierząc, że sprawa Yowiego „kryje coś więcej aniżeli antropologiczną czy zoologiczna tajemnicę, tzn. jest w tym coś więcej niż tylko krew i ciało. Jeśli odrzucić wszelkie paranormalne zjawiska związane z Yowiem to tak, jakby zamieść pod dywan 20% zgromadzonych danych” – powiedział Healy na zorganizowanej w Sydney konferencji kryptozoologicznej. - Po 25 latach badań podejrzewam, że amerykańscy Indianie czy Aborygeni oraz część badaczy ma rację: możemy mieć do czynienia ze zmieniającymi kształt zjawami, które leżą poza możliwościami ludzkiego poznania – twierdził. Jak bowiem wyjaśnić inaczej przypadki znikania, krwistoczerwone oczy (niekiedy wielkości piłek tenisowych), nadludzką szybkość i możliwość wzbudzenia w człowieku „nienazwanego strachu” – pierwotnego lęku, który niemal „wywraca trzewia”, o czym mówi wielu świadków. Lęk, o którym mówią m.in. tropiciele Yowiego, zatrzymał na szlaku wielu z nich wzbudzając niepohamowaną chęć powrotu do spokojnej cywilizacji. Czy nie przypomina to chwilowego przerażającego paraliżu, który dotyka ofiary wielkich kotów? Tylko jaka istota może wywoływać ten lęk? Dwie osoby, które wierzą w paranormalny rodowód Yowiego to sąsiedzi Neila i Iana – Jerry oraz Sue O’Connor, którzy również spotkali się z istotą. Preferują określać go terminem „duch natury”. Ich pierwsze spotkanie z małpoludem miało miejsce w listopadzie 1999 roku. Sue znajdowała się nocą na werandzie swego domu, kiedy ciszę przerwał przeszywający krzyk. - Było koło północy, kończyłam malować, kiedy nagle pojawił się ten dźwięk – mówi. Nie wiem, jak to opisać – był jak coś nie z tego świata – krzyżówka ryku lwa, niedźwiedzia i małpy. Przeraziłam się i uciekłam do środka, aby zawołać Jerry’ego. Początkowo odnoszący się sceptycznie do twierdzeń żony Jerry wyszedł na werandę tłumacząc żonie, że za hałasy odpowiedzialne są walabie lub wombaty. - Potem to stworzenie zaryczało – przypomina sobie Jerry. Był to obcy dźwięk i nigdy wcześniej czegoś podobnego nie słyszałem. Nie mieliśmy latarki, więc nic nie było widać, ale dała się odczuć pewna fizyczna bariera między nami a tym czymś – tak, jakbym był dla tego zagrożeniem. Uderzyła mnie potem „ściana” strachu, zaś włosy zjeżyły mi się na plecach. Wciągnąłem Sue z powrotem do środka. Nic znanego mi z buszu nie wydawało takich dźwięków. Nie chce, żeby to się powtórzyło, bowiem było to przerażające doznanie. Para przeniosła się w obecne miejsce zamieszkania w 1997 roku, po odejściu Jerry’ego z marynarki wojennej. Wydarzenie z Yowiem zburzyło jednak ciszę i spokój mieszkania na odludziu. Było to jak wrzucony w wodę kamień, który powodował coraz większe i większe fale. Mit kontra rzeczywistość - Myślałem, że Yowie powstał jako kalka amerykańskiej Wielkiej Stopy – powiedział Jerry. Mimo to incydent z 1999 był pierwszą rzeczą, która wskazała nam na fakt, że w buszu czai się coś dziwnego. Podobnie jak Neil i Ian, także O’Connorowie stali się świadkami innych dziwacznych zajść w okolicach swego domu utwierdzając się w przekonaniu, że mimo swej woli są świadkami spotkań z istotą, z którą wcześniej kontakt mieli jedynie na kartach książek. Nie znając wówczas Neila, małżeństwo skontaktowało się z mieszkającym w stanie Queensland Deanem Harrisonem, który przewodniczy grupie o nazwie „Australian Hominid Research”, poświęconej badaniu zjawiska, jakim jest Yowie. Ten z kolei skontaktował ich z Ianem i Neilem, którzy mieszkali tylko kilka ulic dalej. Przekazał im także historię innego człowieka, który spotkał duże stworzenie w pobliżu domu O’Connorów, co ważne – tego samego dnia, kiedy ci usłyszeli przeraźliwy ryk. - Brad Croft przejeżdżał w odległości ok. 500 m. od naszego domu, kiedy zobaczył owłosioną istotę o wzroście 2.4 – 2.7 m., która przeszła przez drogę i zniknęła w rozpadlinie. Pojechał on wprost po Neila i kiedy po jakimś czasie dotarli do miejscowego strumienia, usłyszeli trzaski i odgłosy biegu, które jak się okazało, dochodziły wprost z naszego podwórka. Przy innej okazji (jakiś czas od pierwszego spotkania), śpiącą ze swymi kotami Sue obudziły ich odgłosy. Zwierzęta były zaniepokojone. - Spojrzałam, aby zlokalizować to, co je przestraszyło i nagle ujrzałam w oknie sylwetkę 2.5 – metrowej postaci. Wcześniej parę regularnie budziły odgłosy otwierania skrzynki z bezpiecznikami, zaś jakiś czas później także Jerry stał się świadkiem obserwacji stworzenia, spostrzegając je w oknie sypialni. - Bóg wie, jak długo to coś patrzyło się na nas przez okno – wspomina. Wstałem w nocy i spoglądając za okno, zobaczyłem to „coś”. Było to jak sylwetka człowieka ze zmierzwionymi włosami i nosem przypominającym ludzki, choć z rozpostartymi płatkami. Stworzenie było bardzo masywne. Do tego czasu sceptycznie podchodziłem do tego typu spraw, ale to w stu procentach mnie przekonało. Wraz z tym, jak wzrastała liczba obserwacji, para zaczęła miewać dziwaczne sny związane z istotą, która często zakradała się w nich w pobliże ich okien, aby zajrzeć do środka. Yowie doczekał się także swego pomnika, który stanął w jednej z miejscowości w stanie Queensland - Zauważyłem, że zaczęliśmy mieć koszmary – mówi Jerry. Wstawałem czasem w nocy mówiąc Sue: „Znowu miałem przerażający sen z Yowiem”, zaś odpowiadała: „Tak? Ja też!” Po odwiedzinach na podwórzu O’Connorów stworzenie pozostawiło po sobie ślady, zaś Jerry sfotografował je i wykonał ich odlewy. Często spacerująca po buszu para zauważyła także dziwne ślady oraz ścieżki prowadzące go rozpadlin, jaskiń i wodospadów. Mimo tych jakże materialnych śladów, małżonkowie pozostają w przekonaniu, że istota jest czymś w rodzaju „ducha”, a nie zwyczajnym zwierzęciem. Aborygeni wierzą w istnienie „małych ludzi”, które nazywają „yuuri” (czyt. jauri) lub „brown jack”, które odgrywają u nich podobną rolę, co elfy i gnomy w legendach europejskich ludów, strzegąc pewnych miejsc czy też po prostu dokuczając ludziom. Tajemnica trwa Opowieści przytoczonych tu świadków nie są jedynymi, które miały miejsce w Niebieskich Górach. Co ciekawe, większość z nich pochodzi z tego samego górskiego i lesistego rejonu. Jednak mimo znacznej ilości obserwacji, odlewów śladów oraz ustnej tradycji miejscowych, która wyprzedza o tysiące lat osadnictwo białego człowieka na terenie Australii, na istnienie nieznanego gatunku naczelnego przemierzającego busz nie ma konkretnych dowodów. Nieuchwytna istota, jeśli rzeczywiście jest zwierzęciem, nadal zdumiewa i frustruje tych, którzy ją spotkali. Być może pewnego dnia okaże się, że fizyczne i nadnaturalne aspekty tajemniczego Yowiego są jak dwie strony jednej monety. Do tego czasu pozostaje nam jedynie czekać… Źródło: Rubby Lang &amp; Michael Williams w: Fortean Times, IV 2006.]]></description><pubDate>Thu, 02 May 2013 12:02:40 +0200</pubDate><dc:creator>Vernox</dc:creator><guid isPermaLink="true">https://zjawiskanadprzyrodzone.iq24.pl/temat/308514#k1406613</guid></item><item><title>niezaistnienie</title><link>https://zjawiskanadprzyrodzone.iq24.pl/temat/308512#k1406611</link><description><![CDATA[Od dłuższego czasu, kiedy kładę się późną nocą do łóżka, przytłacza mnie to-co-widzę, to, co tkwi przed oczami ukryte w mroku, obraz-będący-wszystkim. Uświadamiam sobie to, co przez cały dzień było uśpione, to, że jestem świadomy i to, że świadomy nie jestem. To, że w danej chwili istnieje tylko JA, że wszystko, co jest, jest właśnie teraz. Poniekąd zatrważa mnie świadomość tego, że ten świat, w którym istniejemy, jest wszystkim — totalnie wszystkim, niczym więcej ponad to, co jest. Niedorzeczność otaczającej płycizny i schematyczności, wszechobecna pustka i niedopełnienie. Cele iluzoryczne. To tak, jakby bohater jakiejś telenoweli lub komputerowej symulacji naraz uświadomił sobie bezsens własnego zachowania, pogoni za wiatrem, poszukiwania czegoś, czego nie ma, motywów, które pchają go by jadł, spał, rozmnażał się, wydawał potomstwo i odchodził w niebyt powołując kolejną generację żywych istot. Cyrkulacja istnienia, niczym woda, która krąży w przyrodzie wyparowując i odradzając się. Gdyby poszczególne krople miały samoświadomość, byłyby być może przerażone nieuchronnością własnej śmierci, tworzyłyby hipotezy o nadrzeczywistościach, w których trwają dalej po wyparowaniu. Jednak my, patrząc na morze, nie widzimy pojedynczych kropel, lecz pulsującą całość, zmienną, burzliwą, której kolejne stany znikają z minuty na minutę. Jesteśmy tym, co pamiętamy, tym, co tkwi w naszych umysłach i nami kieruje. Każdej nocy mamy sny, lecz kiedy budzimy się i nie pamiętamy niczego, sen nie miał miejsca, chociaż obiektywnie rzecz ujmując przetoczył się przez ekran świadomości, nie pozostawiając po sobie śladu. Czarna pustka, która mimo wszystko pustką nie jest. Chwilowe niezaistnienie. Bezczasowe przejście pomiędzy zasypianiem a budzeniem się. Stan sprzed narodzin, sprzed wtargnięcia w rzeczywistość iluzji, w iluzoryczność rzeczywistości. Kiedy odchodzimy w niebyt, odchodzimy totalnie — całe nasze życie ulega wymazaniu. Nie trzeba nawet umierać. Wystarczy niezbyt szczęśliwy wypadek, uderzenie w niezbyt odpowiednią część głowy i oto człowiek, który istniał jeszcze przed sekundą, istnieć przestaje. Pojawia się nowa osobowość nie pamiętająca niczego, co było wcześniej. Pojawia się nowy człowiek i nowe życie. Poprzednie staje się niczym więcej jak tylko niezaistniałym snem, snem, który mimo wszystko warto śnić. Świadomość kresu zmusza do innego spojrzenia na życie. Każe cenić to, co jest. Zabiegać o jak najlepsze wykorzystanie każdej sekundy. Otwiera umysł. Otwiera na świat, świat, który przestaje kształtować nas i sam staje się masą plastyczną, poddającą się kontroli. Źródło: Racjonalista.pl]]></description><pubDate>Thu, 02 May 2013 12:01:34 +0200</pubDate><dc:creator>Vernox</dc:creator><guid isPermaLink="true">https://zjawiskanadprzyrodzone.iq24.pl/temat/308512#k1406611</guid></item><item><title>USO - okręty spodki pod wodą</title><link>https://zjawiskanadprzyrodzone.iq24.pl/temat/308510#k1406606</link><description><![CDATA[Historia spotkań z USO (niezidentyfikowanymi obiektami podwodnymi) jest równie długa co kontrowersyjna. Według świadków, wśród których znajdowali się także marynarze, owe „machiny” wykazywały szereg niezwykłych zachowań. Skąd jednak biorą się te obiekty? Czy podmorskie bazy UFO i tajne operacje wojskowe to jedyne wytłumaczenie dla „nieznanej aktywności” we wszechoceanie? W latach 1960., kiedy głośno było o Trójkącie Bermudzkim i Diabelskim Morzu, pojawiły się twierdzenia że podobna strefa znajduje się w zachodniej części Morza Śródziemnego – między Górą Canigó, Balearami a Afryką Północną, łącznie z Morzem Alborańskim (między Hiszpanią a Marokiem), gdzie dziwne zdarzenia miały się kumulować, choć nie dochodziło tam do zaginięć okręgów i samolotów. W lutym 1979 r. masywny statek Tamames przewożący ładunek butanu, opuścił port Alcúdia na Majorce (największy w archipelagu Balearów) i skierował się do Cartageny na południu Hiszpanii. Tamames należał do koncernu CEPSA – głównego rozgrywającego na śródziemnomorskim rynku paliw. Kpt. Jose Luis González był sumiennym marynarzem, rygorystycznie przestrzegającym terminów. Okrętową monotonię przerwało pewne wydarzenie z wtorku, 6 lutego; nie chodziło jednak o sztorm. Ok. 21., kiedy Tamames znajdował się w pobliżu wysepki Formentera, oficer dyżurny poinformował kapitana, że od zachodu zbliża się „nieznany statek”. Pozostały personel zauważył szybko, że „okręt” ma dwa światła – być może był to inny transportowiec. Chwilowe uspokojenie zburzyło pojawienie się na horyzoncie innych świateł: najpierw czterech, później sześciu a ostatecznie aż dziesięciu. Kpt. González poprosił o lornetkę i zauważył ze zdziwieniem, że niebo ponad światłami przybrało kolor pomarańczowy, zaś one same zaczęły układać się w dziwne formacje: raz tworzyły linię poziomą, innym razem pionową, aby za chwilę znowu ułożyć się w sposób horyzontalny. Co ciekawe, z jednego światłą zaczął wydobywać się dym, co przypominało flarę. Załoga Tamamesa uznała to za wypadek i zmieniła kurs, spiesząc z pomocą. Operator radaru informował jednak, że na tle linii brzegowej nie widzi żadnego obiektu; ponadto uszkodzony statek nie nadawał drogą radiową żadnych komunikatów alarmowych. Nagłe zniknięcie świateł wstrzymało jednak akcję ratunkową. Kapitan, zmartwiony wynikłym opóźnieniem, zadecydował o powrocie na kurs do Cartageny. W tym momencie radar pokładowy, co widziało wielu świadków, zaczął nadawać niezidentyfikowane sygnały sugerujące, że statek zbliża się do nieznanego obiektu; sygnały na chwilę ucichły, po czym powróciły wskazując, że Tamames jest „osaczony” ze wszystkich stron. Sytuacja sprawiła, że González skierował do najbliższych jednostek zapytanie, czy widzą zaistniałą anomalię. Z Cartageny otrzymał odpowiedź, że nie trwają tam żadne manewry morskie. Nadchodzące cały czas sygnały sprawiały, że atmosfera na mostku kapitańskim stała się nerwowa. O 3. nad ranem kapitan ponownie skontaktował się z miastem opisując z czym ma do czynienia – był to dość doniosły akt. Prawdopodobnie pierwszy raz w historii żeglugi oficer przekazał na żywo informacje o spotkaniu z UFO. Zszokowany uznał bowiem, że w sytuacji w jakiej się znalazł każde wyjaśnienie wydaje się dobre – przez lata na morzu nie spotkał się z niczym podobnym. Niebawem od jednego z oficerów dowiedział się, że w tym rejonie kilka dni wcześniej zgłoszono inny incydent z niezidentyfikowanym obiektem. Sprawa stała się jeszcze ciekawsza po kilku dniach, kiedy pojawiło się oficjalne „wyjaśnienie” incydentu: załoga statku Tamames miała obserwować kadetów szkoły wojskowej przeprowadzających nocne skoki spadochronowe z flarami w rękach. Kapitan González nie był przekonany tym wyjaśnieniem, gdyż jak twierdzono, manewry miały miejsce 120 km od statku, w głębi lądu. Obserwacje na wodach Morza Alborańskiego rejestruje się co najmniej od 30 lat: w 1974 r. pasażerowie promu Virgen del Africa byli świadkami wyłonienia się z jego wód dziwnego pojazdu, który zawisł w powietrzu na ok. minutę, a następnie ponownie znikł pod wodą. 20 sierpnia 1976 r. sytuacja powtórzyła się z udziałem kolejnej grupy turystów i trzech świateł, które wyłoniły się z wód, a następnie ponownie w nich pogrążyły. Ufolog Jose Manuel García Bautista w jednej ze swych prac pisze: „Ustaliłem, że [wody te] są miejscem częstych obserwacji UFO. Lokalizacja ta posiada wiele atrakcyjnych cech: znajduje się pomiędzy dwoma kontynentami; obecność baz wojskowych na Gibraltarze, w Rota i Morón, gdzie testowane są prototypy samolotów szpiegowskich; kilka elektrowni w tym jądrowa; ośrodki górnicze w pobliżu Rio Tinto.” Ostatnie lata również przyniosły nowe obserwacje: w sierpniu 1999 r. czworo młodych ludzi wynajęło rower wodny w miasteczku Chipiona k. Cádizu; odpłynęli nim daleko od brzegu, gdzie wskoczyli do wody. Gdy Diego Moreno, Elena Delgado, Rafael Dominguez i Paula Gomez pływali w ciepłych wodach Morza Śródziemnego, nagle dostrzegli pod sobą olbrzymie, jasne światło. Kiedy wskoczyli na rower i zaczęli pedałować co sił w kierunku brzegu zobaczyli przesuwającą się pod nimi znacznej wielkości „rzecz”. Według obserwatorów światło nie było odbiciem słońca, ani nurkiem z latarką. Na domiar złego, obiekt wydawał się igrać z przerażonymi świadkami – kręcił się wokół ich pojazdu, co wyglądało tak, jakby próbował go wywrócić. Zdarzenie zakończyło się wraz z tym jak do świadków podpłynął ratownik w łodzi motorowej, radząc im jak najszybszy powrót na plażę. Drugi incydent miał miejsce w tym samym miesiącu w La Jara k. Chipiony. Amharo i Jose Hidalgo – dwaj młodzi plażowicze, zobaczyli świecącą kulę na tle zachodzącego słońca. Powoli zmierzała w kierunku wody. Kiedy wpadła w toń, pozostawała widoczna jeszcze przez chwilę. W sierpniu 1999 r. inne niezidentyfikowane obiekty widziano wzdłuż nabrzeża Cádizu; incydenty zgłoszono m.in. Hiszpańskiej Marynarce Wojennej. Wydawało się, że obiekty te, czymkolwiek są, nie zadają sobie zbyt wiele trudnu, aby się ukryć. NA PONURYCH WODACH Odkąd pisarza Charles Fort zaczął gromadzić prasowe relacje o dziwnych wydarzeniach wyszło na jaw, że tajemnicze obiekty – niektóre emitujące światło, inne wręcz amorficzne, przemieszczają się swobodnie w wodach wszechoceanu. Przyczyniło się to do powstania licznych, często egzotycznych hipotez. Jedna z nich mówi o istnieniu pod wodą „baz UFO”. Temat ten, jako jeden z filarów hipotezy o nieziemskim pochodzeniu tych obiektów, wspierało wielu autorów, w tym m.in. Ivan T. Sanderson, który służąc w marynarce podczas II Wojny Światowej widział ich tyle, że admiralicja poprosiła go o ich raportowanie. W książce „Invisible Residents” („Niewidzialni mieszkańcy”, 1970) dokonał on nawet klasyfikacji obiektów USO („niezidentyfikowanych obiektów podwodnych” niekiedy też „pływających”) na: historyczne, obiekty wpadające lub wynurzające się z wód oraz „pojazdy” poruszające się w „hydroprzestrzeni”. Były wśród nich przypadki szczególnie dziwne. Sanderson wspomina incydent z amerykańskimi jednostkami biorącymi udział w manewrach „Springboard” w pobliżu Portoryko w marcu 1963 r. Zimna wojna była u szczytu; w manewrach brały udział co najmniej cztery okręty podwodne wyposażone w zaawansowaną elektronikę (w tym SSN-585 Skipjack) oraz samoloty Grumman S-2 służące do zwalczania łodzi podwodnych. W międzyczasie wydarzyło się jednak coś „niezwykłego”: jeden z okrętów oddzielił się od pozostałych ścigając „nieznany obiekt”. Marynarze nie byli początkowo pewni, czy nie była to ćwiczebna boja, jednak zauważono, że obiekt porusza się z prędkością ok. 150 węzłów (ok. 77 m/s). Komunikacja była utrudniona przez fakt, że każdy z okrętów wojennych próbował poinformować o dziwnym incydencie statek dowódczy – lotniskowiec Wasp (CVN-18). 13 kapitanów odnotowało incydent w swych dziennikach pokładowych. Intruz dawał o sobie znać przez cztery dni; po 96 godzinach i próbach zanurzania się na niewyobrażalną głębokość ponad 8.2 km, nigdy więcej go nie widziano. Rok później pismo Flying Saucer Review doniosło o UFO z Golfo Nuevo. W lutym 1960 r. argentyńska marynarka spędziła dwa tygodnie na próbach osaczenia dwóch „sowieckich łodzi podwodnych”, które ciągle unikały kontaktu z jakimikolwiek jednostkami dzięki „rozwijaniu ogromnych prędkości”… WOJNA PODWODNA Pod koniec lat 1990. doszło w Amerykańskiej Marynarce do „odwilży” – podwodniakom i uczonym pozwolono mówić otwarcie o swoich doświadczeniach i misjach z okresu Zimnej Wojny. Ukazały się wtedy dwie ważne książki: „Blind Man’s Bluff” („Blef ślepca”) S. Sontag i C. Drewa oraz „The Secret War” („Tajemna wojna”), której autorem był inżynier J.P. Craven. Pierwsza z nich ujawnia fakty na temat wręcz sensacyjnych operacji, w których brały udział amerykańskie łodzie podwodne. Niektóre wiązały się z zagadkowymi „kolizjami” z innymi jednostkami; inne mogły przywodzić na myśl manewry USO. W 1969 r. okręt typu USS Gato zderzył się z sowiecką łodzią na Morzu Barentsa; rok później doszło do innego incydentu na Morzu Śródziemnym, o którym Marynarka USA nie poinformowała nawet Białego Domu. Pod koniec czerwca 1970 r. USS Tautog przedarł się przez sieć radarową na Kamczatce i przepłynął pod okrętami Floty Pacyficznej. Jego misją była analiza impulsów, które mogły powstawać przy odpalaniu pocisków. Ksiązka opisuje także przypadek zderzenia Tautoga z łodzią Echo II. W literaturze i prasie „paranormalnej” często wspomina się o kolizjach między „nieznanymi obiektami” a łodziami podwodnymi, do których dochodziło na pełnym morzu. Znany pisarz-paranormalista i dziennikarz John Keel pisze o nich: „3 lutego 1965 r. trawler Star of Toronto uderzył w wynurzającą się łódź podwodną u wybrzeży Szkocji. Z kolei trawler Silveroe w listopadzie 1969 r. natknął u wybrzeży Szwecji się na nieznany obiekt, który mógł być łodzią podwodną. […] Jeśli odrzucimy historie o spodkach i skoncentrujemy się na zagadkowych samolotach i okrętach, jasne stanie się, że istnieje masa dowodów na to, że ktoś na ten planecie prowadzi ‘tajne’ operacje wodne i powietrzne.” Zagadkowe USO w wielu przypadkach mogą być jednak testowymi pojazdami podwodnymi należącymi do światowych mocarstw. MORSKI SZAŁ Obok racjonalnych teorii tłumaczących obserwacje USO, zdarzają się także te eksponujące ich nadprzyrodzony charakter. W 1984 r. F.W. Holiday twierdził, że do dziś zdarzają się przypadki występowania „syrenizmu” – morskiego szału, który dotyka marynarzy na niektórych szerokościach geograficznych. Zachowują się oni wtedy niczym kompani legendarnego Odyseusza; są to przypadki szczególnie częste na Morzu Północnym oraz Oceanie Arktycznym. Holiday odsyła do historii wielebnego Donalda Omanda – znanego ongiś egzorcysty. Pewnego dnia przyszła do niego prośba od kpt. Jana Andersena, który prosił o przeprowadzenie rytuału na… „pewnej części morza”. Norweg z jednostki o nazwie Nordlys twierdził, że na wodzie są miejsca, w których „ludzie tracą rozum”. Jedno z nich miało znajdować się przy wybrzeżu Spitzbergenu. Specjalne wynajęcie łodzi do celu walki z „szatańskim morzem” byłoby równie dziwne co prośba, jednak Omand zdecydował się zaciągnąć na pokład łodzi kpt. Pedersena – znajomego Andersena. Po dotarciu do Spitzbergenu łódź udała się na miejsce określone współrzędnymi przez Norwega. Omand rozpoczął rytuał i… wtedy stało się coś nieoczekiwanego: „Ogarnęło mnie uczucie, jakiego nigdy nie doznałem. Zacząłem się modlić, aby nie poczuć tego już nigdy więcej. […] Całe życie kochałem morze i wszystko co z nim związane. Czułem, że głębia mnie woła. Starałem się przejść w stronę dolnego pokładu, kiedy usłyszałem jasny silny głos, który kazał mi się zatrzymać. Był to głos mojego dziadka, który zmarł kiedy miałem 12 lat” – pisał w swojej książce pt. „The Man Who Exorcised the Bermuda Triangle” („Człowiek, który egzorcyzmował Trójkąt Bermudzki”, 1978). Kiedy duchowny chlusnął sobie w twarz wodą, obudził się z dziwnego transu. Jeśli takie zjawisko istnieje i doświadczali go też inni, można śmiało powiedzieć, że przyczyniło się ono do powstania wielu „morskich opowieści”. SZTORM TEORII Niezależnie od tego, która z przedstawionych wersji zdaje się najbardziej prawdopodobna faktem pozostaje, że przestrzeń oceanów może stanowić potencjalne siedlisko obiektów znajdujące się poza strefą jakiegokolwiek stałego monitoringu. Czy może być to dowód na pogląd Johna Keela mówiący, że w oceanach pojawiają się prywatne „armie” i „nieoficjalne floty”? Racjonalniej brzmi jednak koncepcja, iż zagadkowe pojazdy spotykane w morzach należą do światowych potęg i są elementem rozgrywek w ramach międzynarodowych zmagań. Pozostaje jednak szereg innych incydentów, w których sprawdzać się może opinia wielebnego Omanda: „Odpowiedź na te nadnaturalne zjawy kryje się według mnie nie w ramach nauki, ale w świecie nadprzyrodzonego…” Żródło: infra.org]]></description><pubDate>Thu, 02 May 2013 12:00:30 +0200</pubDate><dc:creator>Vernox</dc:creator><guid isPermaLink="true">https://zjawiskanadprzyrodzone.iq24.pl/temat/308510#k1406606</guid></item><item><title>Philip Shneider co tak naprawde wiedział?</title><link>https://zjawiskanadprzyrodzone.iq24.pl/temat/308509#k1406604</link><description><![CDATA[http://strefatajemnic.onet.pl/teorie-spiskowe/co-wiedzial-phil-schneider,1,5274310,artykul.html &lt;link do artykułu]]></description><pubDate>Thu, 02 May 2013 11:59:24 +0200</pubDate><dc:creator>Vernox</dc:creator><guid isPermaLink="true">https://zjawiskanadprzyrodzone.iq24.pl/temat/308509#k1406604</guid></item><item><title>Iluminaci w Watykanie?</title><link>https://zjawiskanadprzyrodzone.iq24.pl/temat/308506#k1406601</link><description><![CDATA[Ostatnie wydarzenia w Watykanie sprowokowały dyskusję na temat wpływów tajnych organizacji na Kościół. Czy możliwe jest, aby decyzja Benedykta XVI o rezygnacji ze sprawowania posługi Piotrowej była efektem oddziaływania czynników zewnętrznych na Stolicę Apostolską? Jedna z upowszechnianych od dawna teorii spiskowych, która w związku z ostatnimi wydarzeniami trafiła teraz na żyzną glebę, zakłada, że to, co teraz obserwujemy, to efekt programowego wykańczania Kościoła przez iluminatów. Czy jest w tym choćby ziarnko prawdy? Popularni pisarze, tacy jak: David Icke, Texe Marrs czy Mark Dice, uważają, że teorie na temat iluminatów nie są wyssane z palca. Ich hipotezy podsycane są przez twórcę bestsellerów Dana Browna. Zwolennicy teorii spiskowych sugerują, że wiele wydarzeń, jakie mają miejsce na świecie, to właśnie efekt aktywności spadkobierców iluminatów bawarskich, którzy zaznaczają swoje wpływy we wszystkich sferach życia, m.in. w Kościele. Pod hasłem &quot;iluminaci&quot; kryją się tajne organizacje, które na przestrzeni wieków stawiały sobie jako cel np. rozwój nauki i krzewienie idei oświeceniowych (Iluminaci Bawarscy) lub zrzeszały przedstawicieli dziedzin paranaukowych (Iluminaci Awiońscy). Najwięcej kontrowersji narosło właśnie wokół tych pierwszych. Dziś nie brakuje teorii, wg których tajny Zakon Iluminatów został założony po to, aby zniszczyć Kościół katolicki, a także przejąć kontrolę nad całym światem. Środkami, które miały im pomoc w realizacji założeń, były wiedza i pieniądze. Zgodnie z niektórymi teoriami, organizacja miała przetrwać wieki, a jej siedzibą miał być zamek znajdujący się nieopodal miejsca zamieszkiwanego przez papieża. Wśród internatów można znaleźć dziesiątki opinii, które starają się umocnić zasadność wysuwania takich twierdzeń. Dowiedzieć się możemy m.in., że Watykan jest w tej chwili światową stolicą iluminatów, którzy do 1843 r. byli zagorzałymi wrogami Kościoła katolickiego. Potem Watykan, który borykał się z problemami finansowymi, miał otrzymać pożyczkę od Karla Rothschilda. Od tamtej pory miał się rozpocząć rzekomy mariaż Stolicy Piotrowej z rodem Rothschildów, którego patriarchą był Mayer Amschel Rothschild - jeden z najbardziej wpływowych biznesmenów wszech czasów, a także członek Zakonu Iluminatów. Dowodów na wpływy iluminatów w Watykanie ma być mnóstwo. Zwolennicy teorii spiskowych sugerują, że to właśnie iluminaci byli odpowiedzialni za nagłą śmierć Jana Pawła I, który zmarł zaledwie po 33 dniach pontyfikatu. Dlaczego tak się stało? Jednym z pierwszych celów, które postawił sobie &quot;Uśmiechnięty Papież&quot;, miało być zbadanie malwersacji finansowych, do jakich dochodziło w Watykanie, a także usunięcie masonów z wysokich stanowisk, jakie mieli piastować w Kościele. Także ostatnie wydarzenia w Watykanie mają świadczyć o dużym wpływie iluminatów na tamtejszą sytuację - afera Vatileaks, rezygnacja Benedykta XVI z dalszego sprawowania funkcji papieża, a nawet symboliczne znaki, które pojawiły się tuż po ogłoszeniu decyzji przez Ojca Świętego - to wszystko ma świadczyć o znaczących wpływach iluminatów w Stolicy Apostolskiej, którzy od wewnątrz starają się unicestwić Kościół. Świeccy publicyści sugerują nawet, że obecnie możemy obserwować &quot;chocholi taniec&quot; Kościoła, za który także odpowiadają iluminaci. Dzięki ich aktywności wielu katolików zamieniło się w istoty, które paradoksalnie interesuje tylko to, co jest &quot;tu i teraz&quot;, kiedy chodzi o losy Wspólnoty. Nie obchodzi ich natomiast jej dalsza przyszłość. Dziennikarz z serwisu pravda.ru sugeruje nawet, że wierni, kiedy zdecydują się już nawet na jakąś inicjatywę - jak np. tę, która miała miejsce niedawno we Francji, kiedy tłumy katolików protestowały przeciwko adopcji dzieci przez pary homoseksualne - to często pozostają w tej walce osamotnieni i nie mogą liczyć na wsparcie hierarchów kościelnych. Gdyby tego wszystkiego było mało, Kościół stał się dziś jedną z nielicznych organizacji, której członków można - często bezkarnie lżyć i prześladować. W wielu zakątkach świata niszczone są kościoły czy przedmioty sakralne. Ale niektórzy wciąż zdają się tego nie zauważać. Czy rzeczywiście to wszystko, co możemy obserwować, to sprawka iluminatów - jak twierdzą zwolennicy teorii spiskowych, a coraz częściej także dziennikarze? Nieco inne wytłumaczenie tych wszystkich problemów, z jakimi boryka się Kościół, mają sami duchowni. Gabriele Amorth, który sprawuje funkcję głównego egzorcysty Watykanu, w jednym z wywiadów podkreślił, że wewnątrz Kościoła działa sam diabeł. Ojciec Amorth powiedział, że ofiarami mocy szatańskich padają nie tylko ludzie, którzy w swoim życiu zbłądzili, ale również ci, którzy zawierzyli swoje życie Bogu. Jego diagnoza okazała się jednak znacznie bardziej radykalna, bo dotyczyła też sytuacji wewnątrz struktur Kościoła. &quot;Diabeł mieszka w Watykanie i każdy może zobaczyć tego skutki&quot; - powiedział cytowany przez The Daily Telegraph duchowny, którego wypowiedź obiegła światowe serwisy. &quot;Szatan może pozostawać w ukryciu, mówić różnymi językami, a nawet okazywać współczucie.&quot; Źródło: niewiarygodne.pl]]></description><pubDate>Thu, 02 May 2013 11:57:00 +0200</pubDate><dc:creator>Vernox</dc:creator><guid isPermaLink="true">https://zjawiskanadprzyrodzone.iq24.pl/temat/308506#k1406601</guid></item><item><title>Prawda o okultyzmie</title><link>https://zjawiskanadprzyrodzone.iq24.pl/temat/308505#k1406599</link><description><![CDATA[Okultyzm (czyli wszelkie formy wróżbiarstwa, astrologia, jasnowidztwo, chiromancja, posługiwanie się medium, wywoływanie zmarłych, odwoływanie się do szatana, korzystanie z horoskopów) trzeba nazwać prawdziwą religią szatana dlatego, że wszyscy, którzy go praktykują, występują przeciwko pierwszemu przykazaniu Dekalogu: &quot;Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną&quot; (Wj 20,3); &quot;Pan jest naszym Bogiem - Panem Jedynym. Będziesz miłował Pana, Boga twojego, z całego serca swego, z całej duszy swojej, ze wszystkich sił swoich&quot; (Pwt 6,4-5). Chrześcijaństwo jest niezwykle fascynujące. Uświadamia nam, że możemy nawiązać prawdziwą relację miłości z Jezusem Chrystusem, który jako prawdziwy Bóg stał się prawdziwym człowiekiem, a uczynił to &quot;dla nas i dla naszego zbawienia&quot;. Jeżeli przez wiarę przylgniemy do Niego całym sercem, to wtedy swoją miłością będzie nas prowadził do pełni szczęścia. Niestety wielu współczesnych ludzi ulega pokusie i szuka szczęścia nie w Bogu lecz w okultyzmie. Dlatego idą radzić się do jasnowidzów, chiromantów, magów. Zajmują się astrologią, wierzą w horoskopy, ulegają zabobonom a przed podjęciem ważnych decyzji &quot;radzą się gwiazd&quot;. Gdy szwankuje zdrowie, udają się do najprzeróżniejszych okultystycznych uzdrowicieli, którzy najczęściej są narzędziami w rękach złych duchów. Albo oddają swoje życie diabłu, aby uzyskać perwersyjną przyjemność seksualną, władzę nad innymi lub zdobyć pieniądze. To prawda, że czytanie horoskopów w gazecie nie jest tak wielkim złem jak na przykład wyznawanie satanizmu. To tak, jak nie można porównać kradzieży drobnej rzeczy w sklepie od kradzieży samochodu. Jednak mała kradzież może doprowadzić do kradzieży na wielką skalę, a często niewinne zainteresowanie się okultyzmem (horoskopy) może doprowadzić do wielkiego uzależnienia. Praktykowanie okultyzmu prowadzi do całkowitego zniewolenia człowieka przez siły zła. Historia Narodu Wybranego a także historia ludzkości mówi nam, że ile razy ludzie odwracali się od prawdziwego Boga, to wtedy zawsze oddawali się najbardziej irracjonalnemu i prymitywnemu bałwochwalstwu. Istnieje pewna prawidłowość, a mianowicie każdemu upadkowi religijności, towarzyszy równoczesny wzrost zabobonu, okultyzmu i wróżbiarstwa. Okultyzm jest związany z wiarą w istnienie duchowych sil lub energii, przy pomocy których, człowiek pragnie poznać przyszłość, odzyskać zdrowie, osiągnąć powodzenie, sukces, uzyskać nadzwyczajne władze, aby panować i manipulować innymi ludźmi. W tym celu przechodzi inicjację i podejmuje różnorodne praktyki okultystyczne, ćwiczenia, medytacje itp. Praktykujący okultyzm twierdzą, że uzyskują paranormalne poznanie oraz zdolności takie, jak umiejętność czytania myśli, przyszłości, dobrego lub złego oddziaływania i manipulowania innymi ludźmi, materializowania przedmiotów, kontaktów ze zmarłymi, z UFO, lub częściowe panowanie nad siłami natury. Często nie zdają sobie sprawy z tego, że w ten sposób otwierają się na działanie tajemnych złych mocy, nad którymi nie mają już żadnej możliwości kontroli. Po prostu dobrowolnie oddają się w ich władanie, stając się niewolnikami sił zła. Każdy więc, kto praktykuje najróżniejsze formy magii, satanizmu, astrologii, spirytyzmu, wróżbiarstwa lub staje się członkiem masonerii, występuje przeciwko pierwszemu przykazaniu, czyli popełnia grzech śmiertelny. Podobnie grzeszą ci wszyscy, którzy odwołują się do praktyk hinduskich, tybetańskich, chcąc wykorzystać starożytne mity i symbole, aby posłużyć się ich tajemną mocą przez poddanie się prowadzeniu złego ducha. Jest to ciężki grzech nieposłuszeństwa Duchowi Świętemu oraz odrzucenia przewodnictwa Anioła Stróża. Tak więc każdy, kto posługuje się wahadełkiem, kartami tarota, udaje się z prośbą o pomoc do wróżbitów, magów, uzdrowicieli, wróżących z kart lub tych, którzy mówią, że działają za pośrednictwem ducha-przewodnika, wyraża w ten sposób swój brak wiary w miłość Boga i otwiera się na działanie złych duchów. Pismo św. jednoznacznie potępia praktyki okultystyczne jako grzechy, które wykluczają ludzi z Królestwa Bożego (Ga 5,20; Ap 9,21; 22,15). Czytamy w Księdze Powtórzonego Prawa: &quot;Nie znajdzie się pośród ciebie nikt, kto by przeprowadzał przez ogień swego syna lub córkę, uprawiał wróżby, gusła, przepowiednie i czary; nikt, kto by uprawiał zaklęcia, pytał duchów i widma, zwracał się do umarłych. Obrzydliwy jest bowiem dla Pana każdy, kto to czyni. Z powodu tych obrzydliwości wypędza ich Pan, Bóg twój, sprzed twego oblicza. Dochowasz pełnej wierności Panu, Bogu swemu. Te narody bowiem, które ty wydziedziczysz, słuchały wróżbitów i wywołujących umarłych. Lecz tobie nie pozwala na to Pan, Bóg twój&quot; (Pwt 18,9-14; por. Kpi 19,31; 20,6.27). Nowy Katechizm Kościoła Katolickiego w sposób jednoznaczny mówi na temat okultyzmu: &quot;2116. Należy odrzucić wszelkie formy wróżbiarstwa: odwoływanie się do szatana lub demonów, przywoływanie zmarłych lub inne praktyki mające rzekomo odsłaniać przyszłość. Korzystanie z horoskopów, astrologia, chiromancja, wyjaśnianie przepowiedni i wróżb, zjawiska jasnowidztwa, posługiwanie się medium są przejawami chęci panowania nad czasem, nad historią i wreszcie nad ludźmi, a jednocześnie pragnieniem zjednania sobie ukrytych mocy. Praktyki te są sprzeczne ze czcią i szacunkiem - połączonym z miłującą bojaźnią - które należą się jedynie Bogu. 2117. Wszystkie praktyki magii lub czarów, przez które dąży się do uzyskania tajemnych sił, by posługiwać się nimi i osiągnąć nadnaturalną władzę nad bliźnimi - nawet w celu zapewnienia im zdrowia - są w poważnej sprzeczności z cnotą religijności. Praktyki te należy potępić tym bardziej wtedy, gdy towarzyszy im intencja zaszkodzenia drugiemu człowiekowi lub uciekanie się do interwencji demonów. Jest również naganne noszenie amuletów. Spirytyzm często pociąga za sobą praktyki wróżbiarskie lub magiczne. Dlatego Kościół upomina wiernych, by wystrzegali się ich. Uciekanie się do tak zwanych tradycyjnych praktyk medycznych nie usprawiedliwia ani wzywania złych mocy, ani wykorzystywania łatwowierności drugiego człowieka. 2115. Bóg może objawić przyszłość swoim prorokom lub innym świętym. Jednak właściwa postawa chrześcijańska polega na ufnym powierzeniu się Opatrzności w tym, co dotyczy przyszłości, i na odrzuceniu wszelkiej niezdrowej ciekawości w tym względzie. Nieprzewidywanie może jednak stanowić brak odpowiedzialności&quot;.]]></description><pubDate>Thu, 02 May 2013 11:55:58 +0200</pubDate><dc:creator>Vernox</dc:creator><guid isPermaLink="true">https://zjawiskanadprzyrodzone.iq24.pl/temat/308505#k1406599</guid></item><item><title>Okultyzm a nazistowskie Niemcy</title><link>https://zjawiskanadprzyrodzone.iq24.pl/temat/308504#k1406598</link><description><![CDATA[Okultystyczne Niemcy Hitlera Adolf Hitler był człowiekiem bardzo przesądnym i głęboko wierzył w zjawiska nadprzyrodzone uczestniczył w seansach okultystycznych wierzył w &quot;proroctwa&quot; i wschodni mistycyzm z zainteresowaniem czytał księgi na temat starożytnych wierzeń i mocy, które miały u zarania dziejów rządzić światem To na jego rozkaz niemieccy żołnierze pod okiem poważnych naukowców prowadzili poszukiwania takich artefaktów jak Święty Graal czy Arka Przymierza, które były postrzegane jako tajemna broń, cudowna Wunderwaffe .To on wysłał ekipę badaczy w niedostępne góry Tybetu, by zgłębili tajemnicę reinkarnacji, podróży astralnych i przechodzenia w inne wymiary oraz odnaleźć starożytnych Aryjczyków. Pierwsze kontakty Hitlera z okultyzmem miały prawdopodobnie miejsce w benedyktyńskim opactwie Lambach, gdzie został wysłany przez swego ojca, po ukończeniu szkoły podstawowej, w celu dalszej edukacji. Ambona klasztornego kościoła, do którego młody Adolf musiał uczęszczać, została przyzdobiona swastykami. Kiedy przebywał w Lambach, opatem był Johann Lanz, który w 1899 roku zrzuci habit i pod nazwiskiem Georg Lanz von Liebenfels założy ezoteryczne stowarzyszenie. W latach 1909 - 1913 Hitler przebywa w Wiedniu. Dużo czasu spędza w bibliotece. Studiuje różne książki historyczne i okultystyczne. Styka się z teozofią Madamme Bławatskiej. Fascynują go też religie Wschodu, Hitler był wówczas człowiekiem bardzo biednym i często musiał łatać swój budżet, sprzedając stare książki do antykwariatu. W ten sposób poznał antykwariusza Ernsta Pretzsche. Młody Hitler zwrócił na siebie jego uwagę, gdy sprzedał mu książkę o rycerzach króla Artura wraz z odręczną notatką na marginesie zawierającą opis Mszy świętej: &quot;Ci ludzie zdradzili czystość swej krwi aryjskiej, ulegając obrzydliwym zabobonom Żyda Jezusa&quot;. Dalej następowały rewelacje o pochodzeniu Graala, będące mieszaniną myśli astrologicznych i wzmianek o religiach Wschodu. Pretzsche zaprzyjaźnił się z Adolfem i wprowadził go do loży Gwida von Lista. Była to paramasońska sekta, której spotkania ogniskowały wokół praktyk okultystycznych i wypełnionych seksem misteriów - a wszystko pod znakiem swastyki. Towarzystwo Thule Kolejny okres życia Hitlera to czas I wojny światowej i lata po niej następujące. Za namową poznanego w wojsku kapitana Ernsta Roehma, osiada w Monachium, gdzie poznaje Dietricha Eckarta - parającego się wywoływaniem duchów pisarza i publicystę o ezoterycznych i nacjonalistycznych zainteresowaniach. To Eckart wprowadzi Hitlera do tajnego Stowarzyszenia Thule. Thule uważano za magiczne centrum zaginionej cywilizacji. Eckardt i jego przyjaciele wierzyli, że nie wszystkie tajemnice Thule zaginęły. Istoty pośrednie między człowiekiem a innymi inteligentnymi jestestwami z Zaświatów oddadzą do dyspozycji wtajemniczonych rezerwuar sił, z którego będzie można czerpać, by pozwolić Niemcom zapanować nad światem. Jego przywódcy będą ludźmi, którzy poznają wszystko, czerpiąc siłę z tego samego źródła energii i będąc prowadzeni przez Wielkich ze świata starożytnego. Takie były mity, na których opierała się aryjska doktryna Stowarzyszenie Thule miało wkrótce stać się instrumentem zmieniającym samą naturę rzeczywistości pod wpływem Karla Haushofera przybrała jako swój prawdziwy charakter postać stowarzyszenia wtajemniczonych pozostających w komunikacji ze światem niewidzialnym i stała się magicznym centrum ruchu nazistowskiego. Towarzystwo Thule przyjęło swastykę za swój symbol, umieszczając go w kole z pionowym sztyletem niemieckim nałożonym na niego. Towarzystwo Vril Wewnętrznym kręgiem Towarzystwa Thule było Towarzystwo Vril, Jego nazwa pochodzi od tajemnej mocy, która miała umożliwić osobom ją kontrolującym zdobycie władzy nad światem.Członkowie Towarzystwa Vril, w celu przywołania śmiercionośnej mocy, mieli odbywać seksualne orgie i zabijać ludzi, dzięki czemu możliwe stałoby się nadejście Antychrysta. Wiele osób biblijnej bestii upatrywało właśnie osobie Adolfa Hitlera, który w pożodze wojny miał stworzyć nowe germańskie imperium. Najmroczniejszym aspektem Vril było jednak składanie ofiar z małych dzieci które miało celu przyzwanie energii Vril. Główny ośrodek kultu Towarzystwo Vril ,w zamku Wewelsburg Ahnenerbe Ahnenerbe Głównym elementem ideologii nazistowskiej było ustanowienie Tysiącletniej Rzeszy. Chciano tego dokonać poprzez wypaczenie historii i stworzenie nowej religii opartej na aryjskiej mitologii i okultyzmie Aby tego dokonać, Himmler pod skrzydłami SS założył biuro do spraw badań okultystycznych, zwane Ahnenerbe (Niemieckie Dziedzictwo Przodków. Stowarzyszenie badań nad pradziejami spuścizny duchowej) Miało ono udowodnić wyższość rasową Niemiec poprzez łączenie ich z mityczną rasą starożytnych Aryjczyków Oprócz innych zadań Hitler zlecił Ahnenerbe badania nad runami germańskim ,mitologią , procesami o czary i pochodzeniem swastyki oraz odnalezienie ojczyzny rasy aryjskiej. W tym względzie najbardziej obiecującą kandydaturę stanowił Tybet. Himmler miał również nadzieję odkryć starożytne magiczne przedmioty, takie jak Święty Graal i Włócznia Przeznaczenia. Ahnenerbe zorganizowało serię wypraw w poszukiwaniu starożytnych miast aryjskich ukrytych w Himalajach, na Środkowym Wschodzie oraz w Boliwii. Organizacja plądrowała starożytne obiekty na całym świecie. Ahnenerbe wkładało dużo wysiłku w zgłębianie zjawisk paranormalnych takich jak ESP, psychokineza, wróżenie z wody, astrologia i czarna magia. Adolf Hitler do końca wierzył, że jakaś tajemna siła odwróci losy wojny i zapobiegnie klęsce czy czekał na swą tajemna broń, cudowna Wunderwaffe a może zawierzył przepowiedniom o wielkim wodzu który wyniesie naród Niemiecki na szczyt . http://niniwa2.cba.pl http://www.taraka.pl/rupo_01.htm http://www.psychomanipulacja.pl/art/pod ... ltyzmu.htm http://pl.wikipedia.org/wiki/Towarzystwo_Thule]]></description><pubDate>Thu, 02 May 2013 11:55:06 +0200</pubDate><dc:creator>Vernox</dc:creator><guid isPermaLink="true">https://zjawiskanadprzyrodzone.iq24.pl/temat/308504#k1406598</guid></item><item><title>Czym jest LD??</title><link>https://zjawiskanadprzyrodzone.iq24.pl/temat/308501#k1406595</link><description><![CDATA[Świadomy sen (ang. Lucid Dream, w skrócie LD), jest to sen, w którym śniący zdaje sobie sprawę, iż śni. Dlatego klarowność myślenia, dostęp do wspomnień z jawy oraz świadomy wpływ na treść snu mogą być kontrolowane (aczkolwiek na różne sposoby - zależy to od poziomu zaawansowania osoby śniącej). Inne nazwy na świadomy sen to: sen jasny, sen przejrzysty, sen wiedzy. Świadome sny mogą być wykorzystane w zwalczaniu koszmarów, jako narzędzie poznania swojej jaźni albo też dla rozrywki. W snach, gdzie śniący posiada odpowiednio wysoki poziom kontroli nad treścią marzenia sennego, można zrealizować każde swoje pragnienie. Spontaniczne i chwilowe uzyskanie stanu świadomego snu może nastąpić bez żadnych wstępnych warunków, jest jednak zjawiskiem stosunkowo rzadkim. Szacuje się, że 20% populacji doświadczyło przynajmniej raz w życiu snu świadomego. Czasem samo czytanie czy rozmowa o tym zjawisku indukuje świadomy sen. Wiele technik medytacyjnych kładących nacisk na rozwój wewnętrzny wspomina o możliwości utrzymania świadomości także we śnie. Świadomego śnienia można się nauczyć. Dzięki specjalnym technikom śniąca osoba może zorientować się, iż otaczająca ją rzeczywistość jest wyimaginowana. Towarzyszy temu zazwyczaj niezwykły szok (niegroźny), który przeważnie prowadzi do ocknienia się lub tzw. fałszywego przebudzenia. Zagadnienie świadomego snu poruszone było także w literaturze (Ptasiek Williama Whartona, Kontroler snów Marka Nocnego) i w kinematografii: Otwórz oczy (i amerykański remake Vanilla Sky), animowany film Waking Life, jednakże w filmach tych ma on nieco inne znaczenie, niż tradycyjnie rozumiany świadomy sen. Tematykę zaś zwykłego snu z elementami zachowania świadomości można zobaczyć między innymi w kultowym filmie młodzieżowym Donnie Darko oraz w filmach w reżyserii Davida Lyncha (np. Zagubiona autostrada). źródło:wikipedia.org]]></description><pubDate>Thu, 02 May 2013 11:51:49 +0200</pubDate><dc:creator>Vernox</dc:creator><guid isPermaLink="true">https://zjawiskanadprzyrodzone.iq24.pl/temat/308501#k1406595</guid></item><item><title>Czym jest OOBE??</title><link>https://zjawiskanadprzyrodzone.iq24.pl/temat/308500#k1406594</link><description><![CDATA[OOBE (ang. out of body experience, doświadczenie poza ciałem) - wrażenie postrzegania świata spoza własnego ciała fizycznego. Osoby będące w stanie OOBE twierdziły, że mogły się poruszać, dokonywać obserwacji i komunikować z innymi istotami inteligentnymi podczas gdy ich ciała spoczywały nieruchomo. Zjawisko to występuje często pod wpływem pewnych silnych substancji psychoaktywnych zwanych dysocjantami (choć osiąganie OOBE nie jest wykluczone przy użyciu substancji innego rodzaju), przy określonych zaburzeniach świadomości, a także może pojawiać się w świadomych snach; część osób doświadcza jednego lub kilku krótkich epizodów w ciągu życia bez żadnych wyraźnych przyczyn; inni zaś deklarują umiejętność wywoływania ich świadomie, np. za pomocą medytacji. W świetle nauki opuszczenie ciała przez świadomość jest nierealne i teoretycznie niemożliwe, a doświadczenia tego typu odbywać się mogą tylko w obrębie ludzkiego mózgu, mimo iż ich pozorny realizm sugeruje coś innego. Wieloletnich badań tego stanu dokonał m.in. Robert A. Monroe, założyciel Instytutu Monroe, w którym stworzył on technologię Hemi-Sync (ang. Hemispheric Synchronisation - synchronizacja półkul) mającą ułatwiać uzyskiwanie odmiennych stanów świadomości. Jako dziedziną ezoteryki, fenomenem tym zajmował się również Robert Bruce, który zawarł swoje obserwacje i teorie w &quot;Traktacie o Projekcji Astralnej&quot;. Dwie grupy naukowców, niezależnie od siebie prowadzące badania nad fenomenem doświadczeń pozacielesnych ogłosiły, że udało im się wywołać u osób poddanych eksperymentowi złudzenie oddzielenia się od ciała i przebywania poza nim. Jedną z grup kierował dr neurologii Henrik Ehrsson z University College London, który stwierdził po odbyciu eksperymentu: &quot;..., że perspektywa pierwszej osoby jest niezwykle istotna dla doświadczania swojego ciała, innymi słowy czujemy, że jesteśmy tam, gdzie są nasze oczy&quot;, a doznania z odczuwaniem poza swoim ciałem są związane z zaburzeniami kojarzenia bodźców wzrokowych, a także bodźców odbieranych z innych narządów zmysłów. W doświadczeniach wykorzystano aparaturę do wirtualnej rzeczywistości, a sam eksperyment polegał na bodźcowaniu fizycznym (dotykaniem plastikowym prętem klatki piersiowej) osób poddanych eksperymentowi. Henrik Ehrsson kontaktu dokonywał zarówno wirtualnie, jak i w rzeczywistości, natomiast badani deklarowali, że w obydwu przypadkach czuli dotyk. Na podobnych zasadach druga grupa naukowa, nadzorowana przez Olafa Blanke z Institutet i Ecole Polytechnique Federale de Lausanne, zorganizowała badania nad zjawiskiem OOBE. źródło: wikipedia.org]]></description><pubDate>Thu, 02 May 2013 11:51:22 +0200</pubDate><dc:creator>Vernox</dc:creator><guid isPermaLink="true">https://zjawiskanadprzyrodzone.iq24.pl/temat/308500#k1406594</guid></item><item><title>Tragiczny egzorcyzm</title><link>https://zjawiskanadprzyrodzone.iq24.pl/temat/308499#k1406593</link><description><![CDATA[Do tragicznego incydentu doszło w Japonii. 13-letnia dziewczynka, która została poddana egzorcyzmom, nie przeżyła rytuału. Policja wszczęła dochodzenie. 56-letni buddyjski mnich, który odprawiał obrządek oraz ojciec nastolatki, zostali aresztowani. Do wypadku doszło w jednej z buddyjskich świątyń, w mieście Kumamoto. Ojciec dziewczynki, Tomomi Maishigi, przekonany o tym, że jego córka została opętana przez złe duchy, zaprowadził ją do 56-letniego mnicha Kazuaki Kinoshity. „Mędrzec” zgodził się na przeprowadzenie ceremonii. W ramach obrządku, 13-latka została przymocowana do krzesła za pomocą pasa. Następnie w kierunku jej twarzy skierowany został strumień wody. W czasie, kiedy ciecz z pompy pod dużym ciśnieniem spływała na jej buzię, mnich recytował sutrę. Kiedy po pięciu minutach mnich zakończył rytuał, a woda przestała płynąć, okazało się, że dziewczyna nie oddycha. Do nieprzytomnej nastolatki wezwano pogotowie, ale przybyły na miejsce zdarzenia lekarz stwierdził zgon – poinformował portal Yahoo, powołując się na informacje opublikowane w Mainichi Daily News. Rzecznik policji w prefekturze Kumamoto oświadczył, że 13-latka zmarła z powodu uduszenia. Dodał jednocześnie, że wstępne śledztwo wykazało, iż dziewczynka była wcześniej poddawana podobnemu rytuałowi ok. 100 razy. Ojciec ofiary w czasie przesłuchania wyznał, iż był przekonany o tym, że jego córka została opętana przez złe moce, dlatego postanowił poszukać pomocy u duchownego. Jak się okazało, dziewczynka od jakiegoś czasu kwalifikowała się do leczenia psychiatrycznego. Z powodu kłopotów zdrowotnych, od ok. pół roku nie uczęszczała na zajęcia szkolne. „Nasze działania były ukierunkowane na to, by wygnać z niej złe moce i nie miały znamion przemocy fizycznej” – tłumaczyli się potem podczas przesłuchania mężczyźni. To nie pierwszy tego typu tragiczny wypadek, do jakiego doszło w czasie odprawiania rytuału egzorcyzmów. Do podobnej tragedii doszło w ub.r. w wschodniej części Rosji. Małe, cierpiące na cukrzycę dziecko, które zostało doprowadzone do lokalnej uzdrowicielki i bioenergoterapeutki, także zmarło podczas rytuału wypędzania z niego demonów. Na początku tego roku, także w Rosji, zmarła 25-letnia kobieta, na której „egzorcyzmy” odprawiali rodzice. 25-letnia Aleksandra z Woroneża poskarżyła się rodzicom, że od jakiegoś czasu słyszy w swojej głowie głosy. Matka i ojciec uznali, że może to być oznaka opętania demonicznego i na własną rękę postanowili przeprowadzić obrządek egzorcyzmów. W trakcie rytuału, Siergiej i Jelena podali swojej córce wodę święconą. Kazali jej wypić na poczekaniu aż 5 litrów płynu. Kiedy Aleksandra nie mogła już go pomieścić, ojciec przytrzymał ją siłą, a matka wlała resztę do jej ust. Śledztwo wykazało, że rodzice po napojeniu córki wodą zaczęli po niej skakać, licząc na to, że w ten sposób ostatecznie rozprawią się z demonami. Oczywiście podobne praktyki nie mają nic wspólnego z tradycyjnymi egzorcyzmami przeprowadzanymi przez Kościół, które polegają głównie na modlitwie, a do których przeprowadzania uprawnione są jedynie osoby duchowne.]]></description><pubDate>Thu, 02 May 2013 11:50:24 +0200</pubDate><dc:creator>Vernox</dc:creator><guid isPermaLink="true">https://zjawiskanadprzyrodzone.iq24.pl/temat/308499#k1406593</guid></item><item><title>Diabeł</title><link>https://zjawiskanadprzyrodzone.iq24.pl/temat/308498#k1406592</link><description><![CDATA[W dawnych czasach, pewien ubogi i dosyć skąpy Chińczyk policzył oszczędności swojego życia (które trzymał ukryte w podłodze) i okazało się, że uzbierało się tego 30 sztuk złota. Udał się więc na targowisko, by po wielu latach po raz pierwszy kupić sobie coś ciekawego. Po przyjrzeniu się różnym rozmaitościom, nie znalazł nic co by go zainteresowało. Już miał wrócić niepocieszony do domu, kiedy nagle jego uwagę przykuł… diabeł. Diabeł był czarny jak smoła, miał lekko skośne oczy, ogon, rogi, czerwone ślepia i było od niego lekko czuć siarką. Siedział spokojnie w klatce i przyglądał się przechodniom. Nasz bohater spytał się po co komu taki diabeł. Sprzedawca wyjaśnił mu, że taki diabeł, to bardzo pożyteczne zwierzę – potrafi napalić w piecu, narąbać drzewo, pomalować płot, gotować, sprzątać i wiele innych rzeczy. Prawdziwa złota rączka. Przy tym je tyle co zwykły człowiek i tak jak człowiek czasami potrzebuje odpocząć i zdrzemnąć się. Jego utrzymanie nie jest więc kosztowne. Kupiec obejrzał dokładnie diabła i spytał o cenę. Okazało się, że kosztuje on 30 sztuk złota i sprzedawca nie zamierza spuścić z ceny. Po długim namyśle Chińczyk zdecydował się jednak wydać wszystkie oszczędności swojego życia i kupił diabła. Kiedy już odchodził, sprzedawca zwrócił mu uwagę, na pewien istotny szczegół. Otóż okazało się, że diabeł owszem, pracuje intensywnie, ale tylko wtedy jeśli zawsze powie mu się co ma robić. Musi mieć zawsze wyznaczony plan dnia. Pobudka o godzinie tej i tej, rąbanie drzewa na opał do godziny …, śniadanie o godzinie …, 15 minut przerwy na wypoczynek itd. I tak codziennie. Nie wolno o tym zapomnieć! – przestrzegł sprzedawca. Diabeł pozostawiony sam sobie, zajmie się swoimi diabelskimi sprawami, co nigdy nie kończy się dobrze. Zdziwiony Chińczyk zapamiętał uwagę, wziął diabła ze sobą i udali się do domu. I rzeczywiście – sprzedawca nie kłamał – diabeł zawsze robił to co polecił mu wykonać jego gospodarz. Wstawał bez ociągania się o 6 rano, rąbał drwa, zamiatał obejście, jadł śniadanie, odpoczywał… Właściciel był z niego bardzo zadowolony. Jednak pewnego dnia wieśniak musiał wyjechać. Znane są dwie wersje wyjaśniające przyczyny jego wyjazdu: Pierwsza (dla dzieci) mówi o tym, że pojechał on odwiedzić swoją chorą matkę. Druga (dla dorosłych) opowiada o jego wizycie u przyjaciół i imprezie, która trochę się przedłużyła… W każdym razie w obu przypadkach, chłop po prostu zapomniał o tym, że musi przydzielić diabłu zadania. Zaniepokojony wracał do domu i już z daleka zobaczył, że coś jest nie w porządku. Znad miejsca, gdzie mieściła się jego wioska, unosiły się opary dymu. Wkrótce poczuł swąd spalenizny, a kiedy podszedł bliżej jego oczom ukazał się wstrząsający widok. Wieś była doszczętnie spalona, a na zgliszczach siedział diabeł i piekł w ogniu ciało dziecka…]]></description><pubDate>Thu, 02 May 2013 11:49:24 +0200</pubDate><dc:creator>Vernox</dc:creator><guid isPermaLink="true">https://zjawiskanadprzyrodzone.iq24.pl/temat/308498#k1406592</guid></item><item><title>Lalka</title><link>https://zjawiskanadprzyrodzone.iq24.pl/temat/308497#k1406591</link><description><![CDATA[Historia Roberta zaczyna się w 1896 roku w domu państwa Otto. Jedna ze służących miała za zadanie opiekować się synem państwa Otto. Robert Eugene Gene zwany był przez całą rodzinę Gene. O kobiecie krążyły plotki, że zajmuje się voodoo... Nie dotarły one jednak do właścicieli domu. Tymczasem kobieta miała już dość surowego traktowania (żeby nie użyć słowa okrutnego) i postanowiła coś z tym w końcu zrobić. Zrobiła lalkę dla Gene&#039;a. Zabawka miała długość około 3 stóp (1m) i była wypchana sianem. Wszyscy w posiadłości byli zaskoczeni nie tylko doskonałą precyzją wykonania i podobieństwem do człowieka, jak również tym, że lalka natychmiast stała się nieodłącznym towarzyszem chłopca. Gene dał jej imię Robert. Wszyscy przebywający w domu – służący, członkowie rodziny, goście – często słyszeli jak Gene mówi do swojej lalki podczas zabawy na górze. Byli jednak nieco przestraszeni, gdy chłopiec odpowiadał sobie zupełnie innym głosem niż jego własny... Dziwne rzeczy zaczęły się dziać w posiadłości państwa Otto. Sąsiedzi twierdzili, że widzieli Roberta poruszającego się od okna do okna, kiedy rodzina była poza domem. Gene zaczął obwiniać Roberta o różne wydarzenia, które się zdarzyły. Ludzie przyrzekali, że słyszeli lalkę chichoczącą i widzieli, jak obserwuje ona dom. Gene zaczął mieć koszmary nocne. Jego krzyki ściągały rodziców do pokoju niemal co noc. Kiedy wchodzili do pokoju swojego syna, znajdowali tam powywracane meble, Gene&#039;a w stanie absolutnego przerażenia, Roberta na najdalszym końcu łóżka. Jedyne co chłopiec był w stanie wypowiedzieć, to „Robert to zrobił”. Gdy rodzice doszli do wniosku, że dość już tych koszmarów i nocnych pobudek, lalka została odesłana na strych, gdzie spędziła wiele lat. Gdy Gene dorósł i odziedziczył dom po śmierci swoich rodziców, Robert został odnaleziony na strychu. Okazało się, że wpływ lalki na Gene&#039;a wcale nie osłabł przez lata. Żona nowego właściciela domu uznała, że Robert jej się nie podoba, nie pasuje do wystroju i generalnie go nie lubi i kazała ponownie umieścić go w schowku. Gene nie zgodził się na to. Nie tylko nie pozwolił odesłać na strych, ale zdecydował, że Robert potrzebuje dla siebie całego pokoju. Oddał mu pokoik na wieżyczce, gdzie posadził go przy oknie. Nie minęło wiele czasu, gdy zdrowe zmysły Gene&#039;a zostały zakwestionowane. Coraz więcej ludzi słyszało o Robercie i jego sztuczkach. Twierdzili, że kiedy mijali dom państwa Otto lalka z pokoju na wieżyczce obserwowała ich i robiła do nich miny. Dzieci w wieku szkolnym bały się przechodzić obok domu samotnie. Gene mówił, że znalazł kiedyś Roberta na bujanym fotelu tuż przy oknie. Lalka była... niezadowolona ze swojego domu. W końcu Gene miał dość. Jednak Robert miał inne plany. Goście odwiedzający dom mogli słyszeć odgłosy kroków, jakby coś chodziło po strychu tam i z powrotem oraz dziwne chichoty. Coraz mniej osób miało ochotę bywać w domu państwa Otto... Gene zmarł w roku 1972, a dom został sprzedany. Robert ponownie został odnaleziony, tym razem przez dziesięcioletnią córkę nowych właścicieli. Niewiele czasu minęło, a lalka zaczęła okazywać swoje niezadowolenie... Dziewczynka mówiła, że Robert torturował ją i zamienił jej życie w piekło. Nawet po 30 latach kobieta nadal twierdzi, że „lalka była żywa i chciała ją zabić”. Robert jest wciąż ubrany w swój biały mundurek marynarski i w rękach trzyma swojego wypchanego lwa. Obecnie znajduje się w Key West Martello Museum. Pracownicy placówki donoszą czasami, że lalka kontynuuje swoje sztuczki. Odwiedzający twierdzą, że wyraz jego twarzy zmienia się od czasu do czasu i że widać na niej oznaki starzenia się. Niektórzy ludzie są przekonani, że kapłanka voodoo przeklęła zabawkę i umieściła w niej duszę złego człowieka. Nikt jednak nie wie, jaka jest prawda.]]></description><pubDate>Thu, 02 May 2013 11:48:22 +0200</pubDate><dc:creator>Vernox</dc:creator><guid isPermaLink="true">https://zjawiskanadprzyrodzone.iq24.pl/temat/308497#k1406591</guid></item><item><title>Grób Chase</title><link>https://zjawiskanadprzyrodzone.iq24.pl/temat/308496#k1406590</link><description><![CDATA[Mimo opieczętowania krypty w obecności gubernatora i jego urzędników, wystawienia wokół niej warty oraz zastosowania innych zabezpieczeń uniemożliwiających dostanie się do wnętrza niepowołanych osób, po kolejnym otwarciu grobowca okazało się, że trumny przemieściły sie i zostały zdemolowane. Na wysypanym wcześniej piasku nie znaleziono żądnych śladów Opowieść tę należałoby zadedykować wszystkim niedowiarkom, którzy są przekonani ze nie ma żadnych duchów ani temu podobnych.. Barbadoss jest uroczą wyspą znajdującą się na Morzu Karaibskim, właśnie tam zaczęła się akcja dramatu rodziny Chase. Był wtedy rok 1807 wyspa była wtedy Kolonią Brytyjską… Miejsce na starym cmentarzu- Christ Church wykupił ówczesny handlarz ciemnoskórymi niewolnikami. Do dziś znajduję się tam pusta od dziesiątków lat krypta zbudowana z masywnego kamienia, na jej suficie, prawie 2 wieku temu kamieniarze wykuli zagadkowy znak zapytania na suficie, po wielu latach krypta została udostępniona do zwiedzania. Pierwszy pochówek w grobowcu nastąpił w lipcu 1807. Spoczęło w nim ciało teściowej właściciela grobowca. Marmurowa ważąca ponad tonę płyta przykryła zwłoki starszej damy. 22 lutego umieszczono w grobowcu kolejną skrzynie. Pochowano w niej wnuczkę małą Mery. Pogrzeb jak pogrzeb nic nadzwyczajnego, nic się nie wydarzyło. Zmieniło się to w licu 1812 roku, to znaczy w dniu kolejnego pogrzebu starszej siostry Mery, gdy otwarto grobowiec w celu pochówku następnej trumny, zewsząd dało się słyszeć okrzyki przerażenia. Bowiem Anie jedna trumna pozostawiona poprzednim razem nie była na swoim miejscu. Trumna Mery była ciśnięta w kąt, a starszej pani Goddman stała oparta o ścianę w dodatku do góry nogami. Obie były bardzo solidne wykonane z ciężkiego bukowego drewna bukowego obite blachą. Wyglądały na masywne i ciężkie. Dodatkowo grób zamykała kamienna płyta, którą z trudem mogło przenieść 6 murzyńskich niewolników, a więc kto mógł się dostać niepostrzeżenie do trumien? I dlaczego chciał to zrobić? Tylko po to by poprzestawiać trumny? W tej sytuacji prędko grobowiec uporządkowano, dostawiono trumnę Dorcas i ponownie szczelno zamknięto. Pomimo wysiłków rodziny Chase incydentu nie udało się trzymać w tajemnicy i wkrótce cała wyspa zaczęła plotkować o niesamowitym wydarzeniu na cmentarzu. Na początku wszyscy podejrzewali murzyńskich niewolników gdyż byli oni bardzo okrutnie traktowani przez właściciela grobowca Thomasa Chase, ludzie byli tak przejęci zapominając, że murzyni nigdy nie bezcześcili cmentarzy. Bali oni się tego jak ognia i prędzej dali by się żywcem pokroić. Skoro więc nie murzyni poprzestawiali te trumny to kto a raczej CO? Duchy zmarłych? Siły przyrody? Gdy w sierpniu grobowiec został ponownie otwarty by złożyć ciało Thomasa Chase, zebrał się tłum gapiów czekając na wrażenia, gdy otworzono kryptę wszystko było w porządku, trumny były odpowiednio poukładane. Pewnie owa historia byłaby oddana w zapomnienie gdyby nie kolejny pogrzeb , który odbył się we wrzesniu 1816 roku, W feralnym grobowcu miało spocząć ciało małego Samuela- kolejnego członka rodziny Chase, tym razem jeśli ktoś z przybywających chciał doznać nowych wrażeń to się nie zawiódł. Po otwarciu krypty ukazał się ku oczom żałobników potworny chaos wewnątrz krypty. Trumny leżały bezwładnie to i tam, na bokach spodem do góry, potrzaskane i połamane wszystko to sprawiało okropny obraz. Był przy tym gubernator wyspy by się przekonać czy plotki są rzeczywiste, zamknął grobowiec specjalną pieczęcią, wystawił wartę żołnierzy , a w środku wysypano grubą warstwę popiołu. Nawet nie wiadomo przed czym to wszystko miało chronić? W listopadzie roku 1816 przenoszono ciało Filipa kuzyna Thomasa, Oczywiście wiązało się to z otwarciem sławnego już na całym świecie grobowca. Tego dnia na wyspie zebrały się tłumy ludzi by na własne oczy ujrzeć tajemnicze zjawisko. W atmosferze festynu wszyscy czekali na otwarcie grobowca . Gdy murzyni odciągnęli kamienna płytę setki zgromadzonych ujrzało poprzewracane i rozbite trumny. Trumna pani Goddman keżąca w krypcie najdłużej i najbardziej poobijana, tym razem nie miała tyle szczęścia była w kawałkach, a resztki ciała wlały się po pomieszczeniu. Pilnujący wejścia wartownicy zapewniali że nikt się nie zbliżał…]]></description><pubDate>Thu, 02 May 2013 11:47:19 +0200</pubDate><dc:creator>Vernox</dc:creator><guid isPermaLink="true">https://zjawiskanadprzyrodzone.iq24.pl/temat/308496#k1406590</guid></item><item><title>13-latek pobity przez ducha?</title><link>https://zjawiskanadprzyrodzone.iq24.pl/temat/308495#k1406589</link><description><![CDATA[13-latek siedział sobie na sofie, kiedy nagle został chwycony przez siłę niewiadomego pochodzenia (fot. sxc.hu) Pochodzący z Wielkiej Brytanii 13-latek siedział sobie na sofie i słuchał muzyki, kiedy nagle został chwycony przez siłę niewiadomego pochodzenia, a następnie wywleczony z pokoju i wyrzucony na ulicę. Matka chłopca - Beverley Wilkins - o niezwykłych wydarzeniach, które miały miejsce w jej domu, poinformowała już księdza z okolicznej parafii Wierzy w to, że wkrótce uda się odprawić egzorcyzmy i wypędzić z domu niechcianego gościa, który zakłóca spokój domowego ogniska. Do mrożących krew w żyłach wydarzeń doszło w brytyjskiej miejscowości Hartlepool. Daniel po skończonych lekcjach siedział na kanapie i regenerował siły. W tym czasie matka nastolatka pojechała odebrać jego młodszego brata ze szkolnych zajęć. Kiedy chłopiec słuchał muzyki, nieznana siła zmusiła go do powstania z kanapy. Chwilę potem chłopiec został przeciągnięty przez pokój. Niezidentyfikowana siła dopchała go aż do drzwi wyjściowych, a następnie cisnęła nim na ulicę. Nastolatek utrzymuje, że w czasie incydentu słyszał ciężki, męski oddech. Całe zdarzenie trwało ok. 5 minut. Kiedy matka młodzieńca wróciła do domu, znalazła swojego roztrzęsionego syna otoczonego przez sąsiadów. Chłopiec był oszołomiony, a na jego ramionach widać było siniaki. Kobieta ostrożnie weszła do środka i usłyszała kroki kogoś poruszającego się po domu. Nikogo nie udało się jednak znaleźć. Beverley Wilkins nie ma wątpliwości, że za całe zajście odpowiada duch. O sprawie został natychmiast poinformowany ksiądz z lokalnej parafii. Ojciec Richard Masshedar odwiedził już nawiedzony dom i zapewnił rodzinę o modlitwie, którą ją otoczy. &quot;W pierwszej kolejności poszedłem złożyć tej rodzinie wizytę i zaoferować swoje modlitwy.&quot; - powiedział ojciec Masshedar. Dziennik &quot;Hartlepool Mail&quot; poinformował, że właściciel posesji, którą zamieszkuje rodzina zaoferuje jej nowe lokum, jeśli zajdzie taka potrzeba.]]></description><pubDate>Thu, 02 May 2013 11:45:57 +0200</pubDate><dc:creator>Vernox</dc:creator><guid isPermaLink="true">https://zjawiskanadprzyrodzone.iq24.pl/temat/308495#k1406589</guid></item><item><title>Jak przywołac ducha?</title><link>https://zjawiskanadprzyrodzone.iq24.pl/temat/308494#k1406583</link><description><![CDATA[Witam. Jestem ciekaw świata a jeszcze bardziej lubię gdy świat płonie sam z siebie. Lubię coś niszczyć nie raniąc nikogo i patrzeć jak świat sam z siebie płonie. Nienawidzę idei i tego jak bardzo ludzie chcą się podporządkowywać temu systemowi rzeczy. Jestem bardzo mściwy i teraz by się zemścić na pewnej osobie potrzebuję pomocy Markizów piekła. Przeglądałem mity i legendy jak i imiona demonów i ich zdolności, spędziłem nad tym naprawdę wiele godzin. Teraz potrzebuję tylko pomocy, jak mam przyzwać demona i zamknąć go w swoim ciele. Tak by był tylko pod moją kontrolą. A jakiego chce przyzwać? Amon – demon, najpotężniejszy i najsurowszy z markizów piekła. Znany również pod imieniem Aamon. Rozporządza 40 legionami duchów. W Sztuce Goecji jest siódmym, a w Pseudomonarchii Daemonum piątym duchem. Jego pierwowzorem jest egipski bóg Amon. By go przywołać i podporządkować potrzebna jest jego pieczęć, która według Sztuki Goecji powinna być zrobiona ze srebra. Zna tajemnicę przeszłości i przyszłości, którą może podzielić się z przyzywającym. Wywołuje zemstę i sprowadza odwety. Może pogodzić poróżnionych przyjaciół. Potrafi ziać ogniem. Ukazuje się pod postacią wilka, który ma ogon w postaci węża. Jednakże na rozkaz maga może przyjąć postać człowieka z głową przypominającą łeb kruka, który ma duże kły. Jeśli przyzywający ma odpowiednią moc, może on przybrać postać zwykłego człowieka z głową kruka. Właśnie tego. Dlaczego? Jak już wspomniałem by się zemścić. Tylko potrzebuję rytuału krok po kroku jak to zrobić. Dałem to do tematu duchów ponieważ w końcu demon to duch. Więc teraz proszę o odpowiedzi, czekam i bardzo mi na tym zależy.]]></description><pubDate>Thu, 02 May 2013 11:44:54 +0200</pubDate><dc:creator>Vernox</dc:creator><guid isPermaLink="true">https://zjawiskanadprzyrodzone.iq24.pl/temat/308494#k1406583</guid></item><item><title>Kalendarz Majów</title><link>https://zjawiskanadprzyrodzone.iq24.pl/temat/308493#k1406578</link><description><![CDATA[Czym jest świadomość i jaki ma związek z kalendarzem? By nie wdawać się większe dysputy na potrzeby tematu, przyjmiemy że: consciousness is the awareness of being aware. Za każdym razem, gdy zdajemy sobie sprawę z wykonywanej czynności lub zdarzenia, zamiast automatycznie na nie reagować, mamy okazje doświadczyć świadomości. Czym w takim razie jest kalendarz? Prozaicznie proste pytanie, prawda? Odpowiedz okazuje się bardziej zaskakująca, niż można by się spodziewać. Kalendarz jest absolutnym centrum każdej cywilizacji. Dlaczego? Ponieważ absolutnie wszystko w danej cywilizacji obraca się wokoło swojego kalendarza. Dni pracy, dni wolne od pracy, dni wypłaty, urlopy, święta, urodziny, spotkania, kiedy osiągniemy pełnoletniość, kiedy emeryturę, itd., itp. Cała organizacja cywilizacji opiera się na kalendarzu. Możemy również dołożyć do tego, ocenę waszej produktywności. Np. ile dokumentów jesteś w stanie przygotować na środę. Tyle jesteście warci. Kalendarz jest umową społeczeństwa / cywilizacji, mówiącą który mamy dziś dzień/czas. I to jest właśnie martwy punkt świadomości każdej cywilizacji, czyli naszej świadomości. Nasza świadomość wydarzeń przeszłych i przyszłych jest ściśle związana z kalendarzem jakiego używamy na co dzień. Jest jeszcze coś ciekawego na temat świadomości. Otóż zawsze i wszędzie świadomość ma swoją lokację, na którą składają się dwa czynniki: Czas i Miejsce. W tej chwili (data/czas) czytacie tą wypocinę na forum (miejsce). Jak ktoś was zapyta, skąd o tym wiecie. Zapewne odpowiecie, że przeczytaliście to na forum. Zauważcie, że miejscem nie koniecznie musi być rzeczywista lokacja jaką jest wasz dom, pokój czy kawiarenka internetowa, lecz wirtualne forum, na którym skupiacie swoją uwagę. Byście lepiej zrozumieli, wyobraźcie sobie, że spotykacie swojego znajomego, który zaczyna opowiadać o jakimś zdarzeniu. Jedną z pierwszych informacji jaką otrzymacie będzie czas i miejsce całego zdarzenia, a jeśli jej nie poda z pewnością będziecie ciekawi. Ten czas i to miejsce i tak w kółko, przez całe życie. Należy również zauważyć, że różne miejsca mają różną orientację świadomości ( tzn. ludzie mieszkający np. w dwóch różnych miastach będą mieli inną orientację świadomości ). Tak jak orientacja świadomości Warszawiaka, różni się od świadomości Poznaniaka. Ta sama zasada tyczy się różnych przedziałów czasowych. Ale czym jest ta &quot;orientacją&quot; świadomości w czasie i przestrzeni? Wasz punkt widzenia jest składową waszej świadomości przez, którą patrzycie na wszechświat. To jest wasza orientacja świadomości. Wasz punkt widzenia jest absolutnie święty, z jednej prostej przyczyny. Jesteście jedynymi, którzy mogą go mieć. W całej nieskończonej kreacji wszechświata jesteś jedyną osobą, która może mieć Twój punk widzenia. Fakt, ludzie mogą mieć zbliżony punkt widzenia ale nie mogą mieć Twojego. Jak większość z was prawdopodobnie zauważyła, nie możecie oddać swojego punktu widzenia drugiej osobie Na pewno wiele razy próbowaliście, zgadza się? Nie mam zamiaru zmieniać waszego punktu widzenia tym artykułem (jeśli można &quot;to&quot; tak nazwać). To zadanie należy do was. Jedyne co uczynię to dostarczę wam informacji, a wy zrobicie z nimi co chcecie. We wszechświecie istnieje tylko jedno prawo. Jedno jedyne, które zostało podzielone na wiele drobniejszych praw. Prawem tym jest : Na czym skupiasz uwagę, tego stajesz się świadomy. Zawsze. Ludzie często pytają - &quot;a gdzie wolna wola?&quot;. Ma się dobrze, tylko nie gra już pierwszych skrzypiec. Możecie wybrać, na czym chcecie skupić swoją uwagę Tu jest wasz wybór. Martwym punktem naszej cywilizacji jest nasz kalendarz gregoriański. Ten kalendarz został ustanowiony przez kościół katolicki w 1582 autorstwa Luigiego Lilio. Trwa 365 ¼ dnia i jest miarą obiegu Ziemi dookoła Słońca jak wszyscy wiemy, ten właśnie cykl, ten koncept czasu jest centrum naszej świadomości. Należy przypomnieć, że wprowadzenie tego kalendarza w życie przez wyznawców Kościoła Katolickiego pochłonęło miliony krwawych ofiar, pośród różnych kultur, które miały już swój kalendarz. Podbijali ziemię, a potem mówili który mamy dzień i jak należy liczyć. Przecież ten kalendarz jest jedynie fizyczną miarą orbity Ziemi. Okazuje się jednak, że jest to bardzo zdradzieckie narzędzie mające przypiąć naszą cywilizacyjną orientacje świadomość jedynie do fizycznych wartości. To przywiązanie do fizycznego obiegu Ziemi spowodowało erozję naszej świadomości. Ludzie skierowali swoją uwagę w kierunku fizycznych wartości, zapominając o wewnętrznym rozwoju. Głupi przykład. Choćby święta w zamierzchłych czasach, były czasem magicznym i szczególnym, dzisiaj zamieniły się w maraton zakupów. Święta nie mają już nic wspólnego z duchowością. Nie twierdzę, że jest tak wszędzie jednak gołym okiem można dostrzec skutki postępującej degeneracji świadomości. To właśnie kalendarz gregoriański skierował uwagę naszej świadomości tylko i wyłącznie ku wartościom materialnym. Ze wszystkich kalendarzy jakie istniały i istnieją na Ziemi, tylko ten kalendarz nie zawiera w sobie ani kropli duchowych wartości i przesłanek. Wiecie co znaczy słowo dogmat? Jest to twierdzenie przyjęte bezwarunkowo - bez dowodu i nie podlegające dyskusji. Nie brzmi zdrowo prawda? Wiecie jaki jest największy dogmat na świecie? - Jaki mamy dziś dzien. Nikt nigdy tego nie kwestionuje, a jeśli się odważy to jest stuknięty. To jest naprawdę potężne narzędzie by zdominować ludzką świadomość. A jeśli jesteś w stanie wpłynąć na czyjąś świadomość, jesteś w stanie kontrolować myślenie i działanie człowieka. Wszyscy z nas zostaliśmy poddani praniu mózgu. Welcom To The Real World. Ok. Większość starożytnych kalendarzy miało coś wspólnego. Liczyły 360 dni. Archeolodzy uważają, że Ci starożytni ludzie byli tacy prymitywni, że nie potrafili dokładnie obliczyć ile trwa okres obiegu Ziemi dookoła słońca, dlatego zaokrąglili do 360 dni. Majowie posiadali taki kalendarz pomimo tego, że znali dokładny okres obiegu Ziemi - który nazywali HAAB. Może Majowie przywiązywali uwagę do czegoś innego niż fizyczna miara obiegu naszej planety? Jest to możliwe i właśnie to będziemy badać. Właściwie Majowie posiadali dwa kalendarze. Pierwszy z nich nazywał się Tzol&#039;kin. Co znaczy Tzol - licz, kin - dzień. Licznik dni? : ) Tzolkin liczy 260 dni długości. Jest astrologicznym (lub osobistym) kalendarzem majów, który składa się z 13 Intencji i 20 Aspektów co w rezultacie daje 260 dni. A więc mamy tutaj jakiś wzór. Pozwolę sobie odczytać jaki mamy dziś dzień wg. Kalendarza Majów. Dzisiaj mam 7 Mądrości, które są jedną z Intencji. 7 znaczy - Wyrównanie ku boskiej woli (Etyka), a Aspektem Kreacji jest Mądrość. Tak więc wg. Majów cała kreacja rezonuje z energiami Boskiej Woli i Mądrości. I taka jest cel dzisiejszego dnia. Taki jest astrologiczny aspekt tego 260cio dniowego kalendarza. Wszystkie te informacje zostały potwierdzone przez szamana Majów, z którym się spotkałem w Gwatemali. Niestety pozostało ich już niewielu. To jest kalendarz osobisty. W kulturze Majów twoim pierwszym imieniem był dzień, w którym się urodziłeś. Majowie wierzyli, że jako istota duchowa masz wybór którego dnia chcesz się narodzić. Dlaczego więc wybrałeś ten dzień zamiast innego. Prawdopodobnie dlatego, że energia dominująca tego dnia odpowiadała Tobie najbardziej. Prawdopodobnie dlatego, że ta energia odpowiadała Twojej intencji wcielenia. Tak więc każda istota narodzona jako Maj wiedziała dokładnie po co przyszła na świat. Każdy dokładnie wiedział dlaczego inni przyszli na świat. Nie sądzicie, że dzięki temu zaoszczędzilibyśmy wielu pytań i problemów? : )]]></description><pubDate>Thu, 02 May 2013 11:43:21 +0200</pubDate><dc:creator>Vernox</dc:creator><guid isPermaLink="true">https://zjawiskanadprzyrodzone.iq24.pl/temat/308493#k1406578</guid></item><item><title>Miniaturowe Stonehenge w Egipcie</title><link>https://zjawiskanadprzyrodzone.iq24.pl/temat/308492#k1406572</link><description><![CDATA[Miniaturowa wresja Stonehenge z Nabta Playa (fot. mwmedia) Na południu Egiptu, ok. 100 km na zachód od Abu Simbel, w rejonie Nabta Playa odkryto ruiny obserwatorium astronomicznego z kamienia. Ta miniaturowa wersja Stonehenge powstała ok. 6 tys. 800 lat temu. Prace archeologiczne w Nabta Playa prowadzone są już od lat. Natrafiono tam na wiele śladów cywilizacji, które w tym regionie kwitły w okresie pomiędzy 11 tys. a 5,5 tys. lat temu. To tutaj odkryto jedne z najstarszych na świecie naczyń z ceramiki, a także równie wiekowe dowody na to, że mieszkańcy tego regionu prowadzili w neolicie hodowlę bydła. W Nabta Playa natrafiono w minionych latach na ruiny kamiennych konstrukcji, które archeolodzy uznali za centra religijnych ceremonii. Najnowsze odkrycie kalendarza z kamienia dowodzi, że mieszkańcom tego regionu już prawie 7 tysięcy lat temu była też znana wiedza astronomiczna. Precyzyjne datowanie niezwykłego obiektu było możliwe dzięki odkryciu w tym miejscu pozostałości palenisk z węglem drzewnym. Dziś z obserwatorium sprawiającego wrażenie miniaturowej kopii słynnego Stonehenge, bo mającego średnicę zaledwie kilku metrów, pozostały tylko niewielkie kamienie. Jak jednak wykazały analizy archeologiczne, 6 tys. 800 lat temu część tej konstrukcji stanowiły także wielkie kamienne płyty, które w minionych tysiącleciach gdzieś przeniesiono. Gdzie i dlaczego? To kolejna zagadka Nabta Playa.]]></description><pubDate>Thu, 02 May 2013 11:41:36 +0200</pubDate><dc:creator>Vernox</dc:creator><guid isPermaLink="true">https://zjawiskanadprzyrodzone.iq24.pl/temat/308492#k1406572</guid></item><item><title>Manuskrypt Voynicha</title><link>https://zjawiskanadprzyrodzone.iq24.pl/temat/308491#k1406569</link><description><![CDATA[Pergaminowa oprawiona w skórę księga zawiera 131 dwustronnie zapisanych (do dziś przetrwało 120) welinowych kart formatu 6 na 9 cali (15 x 22,5 cm). Na wszystkich kartach znajdują się niezrozumiale rysunki , wykresy oraz nierozszyfrowane do tej pory pismo. Swoja nazwę zawdzięcza Wilfriedowi M. Voynichowi, amerykańskiemu antykwariacie i kolekcjonerowi antyków polskiego pochodzenia, który w roku 1912 nabył rękopis od oo jezuitów z Villa Mandragone we Frascati koło Rzymu. Do dziś uchodzi za jeden z najbardziej tajemniczych manuskryptów średniowiecza. Zakonnicy sprzedający księgę Voynichowi nie byli nią zainteresowani, nie mogli przecież odczytać co jest w niej zapisane. Zainteresowany pismem antykwarysta podjął działania w celu odczytania tajemniczego pisma. Dostarczył fotokopie tekstu kilkunastu sofrologom oraz zaczął poszukiwać pochodzenia księgi. Za pierwsza poszlakę uznał list od praskiego lekarza Jana Marciego do rzymskiego jezuity Atanazego Kirchnera. W liście tym Marci donosił, że cesarz Rudolf II (panował w latach 1552-1612) nabył ww. manuskrypt za 600 dukatów (prawdopodobnie od angielskiego podróżnika, niejakiego Johna Dee, znanego na dworach europejskich maga, matematyka i kolekcjonera, a jednocześnie wielbiciela XIII-wiecznego filozofa angielskiego, twórcy nowoczesnego empiryzmu, Rogera Bacona (1220-1292), który przypuszczalnie część swych odkryć wydawał w zaszyfrowanej formie. Z cala pewnością wiadomo iż księga znajdowała się na dworze cesarskim przez kilkadziesiąt lat , a następnie trafiła w ręce jezuitów. Nie wiadomo jednak czy został sprzedany , co jest mało prawdopodobne czy skradł go któryś z dworaków. Interesującym wydaje się watek praski, lecz nie wiadomo czy manuskrypt rzeczywiście znajdował się w reku Merciego, lekarz mógł przecież o nim tylko słyszeć. Merci wiedział o księdze dość dużo, skoro zechciał się swą wiedzą podzielić z włoskim jezuitą. Ciekawostką jest postać niejakiego Johna Dee, awanturnika , prawdopodobnie oszusta, który krążył po Europie poszukując pieniędzy. Istnieje teoria iż to on był twórcą manuskryptu, a zrobił to by wyłudzić pieniądze od cesarza ,lecz suma nie była na tyle duża aby go zadowolić. Następną teorią jest próba wprowadzenia sztucznego języka, a Dee taki język , zwany enochiańskim, opracował, choć Manuskrypt nie jest napisany po enochiańsku. Manuskrypt składa się z kilku rozdziałów ( jeśli można to tak nazwać ): -zielarskiego w którym znajduje się kilkadziesiąt kolorowych rycin (wraz z opisami) nierozpoznanych roślin -astronomicznego, pełnego wykresów przedstawiających nieznane sfery (konstelacje?) gwiezdne -anatomicznego, gdzie można rozpoznać kilka przedmiotów europejskiego pochodzenia, jak np korona czy kusza -kosmologicznego[5], farmaceutycznego[6], czy też może raczej botanicznego i na koniec czegoś, co wygląda na przypisy, przy czym nie daje się odczytać nawet tego, co w przypisach wydaje się oczywiste, a więc rozpoczynających je &quot;cyfr&quot;. Voynich nie poradził sobie z księga lecz, żaden z zaangażowanych przezeń naukowców, żaden z fachowców-deszyfrantów nie potrafił nie tylko odczytać tajemniczego pisma, ale nawet określić jakiego rodzaju jest to pismo. Przypomina nieco sanskryt, ale z całą pewnością nim nie jest. Nie wiadomo kiedy dokładnie dokument mógł powstać, badanie radioaktywnym izotopem C-14 dało odpowiedz od. Ok 1300r do ok.1660r , jest to jedynie data ewentualnego uboju zwierzęcia, z którego skory sporządzono pergamin. Jeśli więc twórca manuskryptu pisał na starym welinie, to pod uwagę można brać każdą datę, aż po rok 1912. Voynich pracował nad tajemnicza księgą aż do śmierci w 1930r. Po jego śmierci i po śmierci wdowy , znanej pisarki Ethel Lilian Voynich w 1960r, manuskrypt przekazany został Uniwersytetowi Yale&#039;a i znajduje się dziś w Bibliotece Rzadkich Ksiąg Beinecke’a pod numerem katalogowym MS 408. W 2003 polski badacz Zbigniew Banasik ogłosił wyniki swoich prac nad manuskryptem, przedstawił alfabet (jego zdaniem języka manczu - używanego w Mandżurii języka południowo-tunguskiego z rodziny języków ałtajskich) i fragment tekstu rozszyfrowanej pierwszej strony[[1]]. Po długich badaniach naukowcy doszli iż może być to ewentualnie : - zbiór myśli lub odkryć Bacona zapisanych bardzo wymyślnym szyfrem - modlitewnik lub święta księga Katarów przypadkiem nie spalona przez Świętą Inkwizycje - ciąg znaków bez najmniejszego znaczenia spreparowany przez kogoś ( John Dee?) celem wyłudzenia pieniędzy. - żart średniowiecznego szarlatana - tajna księga templariuszy zawierająca informacje o ich skarbach. - próba stworzenia sztucznego języka Nie ma żadnych przekonywających dowodów, które pomogłyby umiejscowić manuskrypt w jakimkolwiek miejscu lub czasie[7]. Większość ekspertów uważa, że powstał w Europie (pismo od lewej ku prawej z wyraźnym podziałem na akapity, fryzury z rozdziału anatomicznego), a zdaniem niektórych po roku 1492, o ile rysunek ze strony 93. przedstawia słonecznik sprowadzony do Europy – jak wiadomo – z Ameryki. W latach 80. kryptolodzy wznowili prace nad księga wykorzystując komputery najnowszej generacji niestety, bez rezultatów. Niektóre ,, litery,, w poszczególnych słowach wyglądają inaczej niż w innych, tak wiec nie wiadomo czy są to te same litery. Każdy kryptogram posiada własny kod szyfrowy, który ma umożliwić wtajemniczonemu oczytanie treści. Na samym końcu manuskryptu Voynicha znajduje się jeden krótki wiersz (wyraźnie odseparowany od treści), który mógłby być kluczem do szyfru, ale nie wiadomo jakie słowo/słowa należy pod ów szyfr podłożyć. Manuskrypt Voynicha pozostaje, w związku z powyższym, nie odczytany. Podsumowując: -Proszeni o obejrzenie rysunków botanicy nie byli w stanie rozpoznać żadnej z roślin -Wykresy konstelacji i gwiazd, dzisiejszym astronomom przedstawione konstelacje nic nie mówią -Rysunki postaci ludzkich, głównie nagich kobiet -Liczne rysunki dziwnych kręgów, ale (bez możliwości odczytania tekstu) nic nie mówią -Rysunki jak gdyby sekcji roślin -Są natomiast dowody pośrednie, jak np. najwyraźniej europejska, późnośredniowieczna korona na jednej z głów, kusza w ręku mężczyzny ubranego w kusy strój z epoki jw Istnieje teoria o fałszerstwie manuskryptu : ,, Dzieło sekty Katarów? W 1912 r. nowojorski bibliofil Wilfrid M. Voynich, podróżując po Europie, nabył w jezuickim kolegium Villa Mondragone we włoskiej miejscowości Frascati 234-stronicową księgę, prawdopodobnie średniowieczną, napisaną w nieznanym języku i ozdobioną niezliczonymi ilustracjami roślin, ciał kobiecych oraz ciał niebieskich. Praca największych kryptologów jego epoki nad tajemniczym dziełem nie dała żadnych rezultatów. W 1919 r. William Newbold z University of Pennsylvania ogłosił, że manuskrypt to nic innego jak robocze notatki Rogera Bacona. W latach 40. XX wieku Joseph M. Freely i Lionell C. Strong przypisali poszczególnym znakom alfabetu Voynicha litery łacińskie, jednak nie uzyskali tekstu o konkretnym znaczeniu. Pod koniec II wojny światowej tekstem zainteresowali się amerykańscy kryptografowie, którym wcześniej udało się złamać kod używany przez japońską marynarkę wojenną. Także bez rezultatów. Pod koniec lat 80. pojawiła się hipoteza, że rękopis znaleziony przez Voynicha to zakodowany tekst ukraiński bez samogłosek. Podejrzewano też, że jest on dziełem heretyckiej sekty katarów i powstał w średniowiecznej Francji. - W tekście występują subtelne regularności struktury i rozkładu słów, dlatego nikt poważnie wówczas nie rozważał możliwości, że dzieło jest zwykłą mistyfikacją - twierdzi Rugg. Pierwszą osobą, która dała się nabrać, był Rudolf II Habsburg, król Węgier i Czech, od 1576 cesarz rzymski narodu niemieckiego. Kupił manuskrypt w Pradze za 600 złotych dukatów (równowartość około 30 tys. dzisiejszych dolarów).,, ,, Matryca Cardana - Wiele charakterystycznych cech kodu Voynicha można odtworzyć za pomocą prostego narzędzia szyfrującego, znanego już w XV wieku: tzw. matrycy Cardana - mówi Rugg. Tekst wygenerowany za jej pomocą wygląda zupełnie jak kod Voynicha i nie zawiera żadnej treści. Matryca to sztywny karton z trzema losowo rozmieszczonymi okienkami. W miarę przesuwania kartonu po tekście w okienkach pojawiają się nowe sylaby. Spisywanie ich jedna po drugiej daje zaszyfrowany tekst. - W dotychczasowych pracach nad manuskryptem tak prosta metoda szyfrowania, jaką jest matryca Cardana, pozostała nie zauważona - przekonuje Rugg. Kto jednak mógł być tajemniczym autorem, który sprytnie wykorzystał wiedzę kryptograficzną swoich czasów do zrobienia dobrego interesu na cesarskim dworze? Edward Kelly, poszukiwacz przygód i oszust, to - zdaniem Rugga - pierwszy podejrzany. Był na dworze Rudolfa II, gdy ten nabył tajemniczy manuskrypt. Wraz z Johnem Dee, nadwornym magiem królowej Elżbiety I, Kelly przez długi czas fascynował się biblijną postacią Enocha, który miał rzekomo za sprawą aniołów uzyskać ogromną wiedzę od Boga. Aby dotrzeć do kręgów anielskich, Kelly stworzył język enochiański, składający się z 21 znaków, którym posługiwał się podczas swoistych seansów spirytystycznych, organizowanych na dworach europejskich, głównie w Krakowie i Pradze. Kelly wielokrotnie był skazywany za oszustwa. Kiedy skazano go na śmierć, zniknął bez wieści. Język, który stworzył, by rozmawiać z aniołami, pozwolił jednak rozwikłać zagadkę. - Najbardziej niezwykłe cechy manuskryptu Voynicha to wręcz lustrzane odbicie najbardziej charakterystycznych cech języka enochiańskiego. Język manuskryptu jest dokładnie tym, czego można by się spodziewać po twórcy języka enochiańskiego, gdyby chciał zweryfikować niedociągnięcia swojego pierwotnego tworu i stworzyć jeszcze lepszą iluzję naturalnego języka - przekonuje Rugg.,, ŹRÓDŁA : http://www.przerazacze.yoyo.pl/readarti ... icle_id=98 http://apod.oa.uj.edu.pl/apod/ap050122.html http://www.teksty.gildia.pl/kormak/manuskrypt_voynicha]]></description><pubDate>Thu, 02 May 2013 11:40:50 +0200</pubDate><dc:creator>Vernox</dc:creator><guid isPermaLink="true">https://zjawiskanadprzyrodzone.iq24.pl/temat/308491#k1406569</guid></item><item><title>Area 51</title><link>https://zjawiskanadprzyrodzone.iq24.pl/temat/308490#k1406565</link><description><![CDATA[Strefa 51/Area 51 Oficjalna nazwa: Air Force Flight Test Center, Detachment 3 Strefa 51 (ang. Area 51, Dreamland ang. &quot;Kraina marzeń&quot; lub &quot;Kraina snów&quot;, bądź Groom Lake, oficjalna nazwa: Air Force Flight Test Center, Detachment 3) - amerykańska baza wojskowa, zbudowana w roku 1957. Znajduje się w zachodniej części hrabstwa Lincoln na południu stanu Nevada, w Strefie Sił Powietrznych Nellis. Położona tuż obok wyschniętego (37°14&#039;10&quot; N, 115°49&#039;04&quot; W), słonego jeziora Groom (ang. Groom Lake), oraz Poligonu Nevada. Dla pewności wybrano fragment pustyni, blisko kraterów po testach atomowych na sąsiednim poligonie. Z bazy tej kierowano amerykańskim wywiadem w czasie zimnej wojny. Istnienie bazy potwierdzono oficjalnie dopiero w 1994 roku, choć zawsze była ona celem pielgrzymek ufologów i teoretyków spiskowych z całego świata. Ze względu na ogromne zainteresowanie światowej opinii publicznej Strefą 51, wątpliwa jest teza, że do dziś prowadzone są tam prace o najwyższym stopniu tajności. Dzięki powszechnemu zainteresowaniu bazą, okoliczni mieszkańcy rozwinęli bogatą infrastrukturę turystyczną. Władze USA mimo to starają się zachowywać tajemniczość na temat przeznaczenia tego obiektu. Próba nielegalnego wejścia na teren bazy zagrożona była zawsze aresztowaniem i osadzeniem w więzieniu bez procesu sądowego[potrzebne źródło], o czym informuje odpowiednie oznakowania terenu. Również legalnie nigdy nie wpuszczano tam żadnych turystów. Dla zapewnienia bezpieczeństwa bazy przewidziano również strzelanie bez ostrzeżenia do intruzów, o czym również informuje się turystów. Według lokalnej legendy, wokół bazy zamontowano czujniki ruchu, które precyzyjnie odróżniają ludzi od poszczególnych gatunków zwierząt. Dokładne zdjęcia satelitarne wykazały, że znajduje się tam najdłuższy na świecie pas startowy o długości 9,5 km. Przechodzi on przez jezioro Groom. Około roku 2000 zbudowano drugi pas o długości 5,5 km. Przestrzeń powietrzną nad bazą uznano za najlepiej i najdokładniej strzeżony obszar powietrzny w całych Stanach Zjednoczonych. W przybliżeniu jest on wielkości Szwajcarii. Samoloty Skonstruowano tutaj najsłynniejsze i najnowocześniejsze samoloty wojskowe, m.in. SR-71 Blackbird, B-2 Spirit oraz F-117 Nighthawk, B-1 Lancer Prowadzono również badania broni produkowanej za &quot;żelazną kurtyną&quot; i przejętej różnymi drogami przez amerykanów, miedzy innymi samolotów MiG. Lockheed U-2 Prawdopodobnie pierwszym zrealizowanym projektem był Lockheed U-2. Podczas II wojny światowej baza była używana do ćwiczeń oraz prób zrzucania bomb, a potem nie wykorzystywano jej do 1955 roku, kiedy to została wybrana przez Skunk works Lockheed&#039;a jako idealne miejsce do testów U-2. Firma postawiła tam prowizoryczną jednostkę, składającą się z paru schronów, warsztatu oraz domów dla, liczącej kilka osób, załogi. Pierwszy samolot tego typu latał nad Strefą 51 w sierpniu 1956. W tym czasie, na pobliskim poligonie przeprowadzano testy jądrowe, m.in. operację Plumbbob które często przerywały testy Lockheed&#039;a. Jeden z wybuchów, mający miejsce 5 lipca, spowodował nawet opad radioaktywny na terenie bazy, przez co musiała być tymczasowo ewakuowana. Blackbird Jeszcze przed zakończeniem prac nad U-2, Lockheed zaczął konstruować Lockheed&#039;a A-12 OXCART, 3-Machowy samolot, późniejsza wersja słynnego SR-71 Blackbird. Charakterystyka samolotu, wymagała potężnego rozbudowania bazy. Do czasu gdy pierwszy prototyp wzbił się z lotniska w 1962, główny pas startowy został przedłużony do 2600 m, a liczba osób obsługujących bazę wyniosła ponad 1000. Strefa 51 miała zbiorniki paliwa, wieże kontroli lotów oraz boisko do baseballa. Wzmocniono także ochronę - zamknięto pobliską kopalnię, pobliskie tereny stały się zakazaną dla cywilów strefą (wejście do tej strefy groziło śmiercią). W bazie tej odbywały się pierwsze loty samolotów Blackbird takich jak A-12, SR-71, nieudanej wersji YF-12 jako myśliwca przechwytującego, oraz D-21 (UAV). Have Blue/Senior Trend/F-117 Pierwsze prototypy Have Blue (rodzina F-117 Nighthawk) latały w Groom Lake w 1977 roku. Testowanie serii wyjątkowo tajnych prototypów kontynuowano do 1981, kiedy to zaczęto już produkować F-117. Oprócz latania, sprawdzano tam także wykrywanie przez radary oraz uzbrojenie tych samolotów. Następnie wszelkie operacje związane z F-117 przeniesiono do Tonopah Test Range, a następnie do Holloman Air Force Base. Teorie spiskowe Najpopularniejsze teorie spiskowe związane ze Strefą 51 dotyczą przetrzymywania i badania pozaziemskich form życia pochodzących z obiektu, który rozbił się w 1947 roku w pobliżu Roswell stanu Nowy Meksyk. Częste są również spekulacje o samolocie hipersonicznym o nazwie Aurora, osiągającym kilkakrotną prędkość dźwięku. Oprócz tego, twierdzono że odbywają się tam badania na temat nowoczesnych broni energetycznych, kontrolą pogody, podróży w czasie. PSYCHOTRONICZNI SZPIEDZY W 1995 roku rząd Stanów Zjednoczonych zakończył realizację 20-letniego programu szkolenia agentów obdarzonych paranormalnymi zdolnościami. Obecnie przedstawiciele rządu zaprzeczają wszystkiemu. Co starają się ukryć? Byłego komisarza kalifornijskiej policji, Pata Pricea, zapytano, co kryje się za podanymi mu współrzędnymi geograficznymi? Pat napisał pięciostronicowy raport, w którym opisał ukryte za współrzędnymi budynki oraz ich otoczenie. Co więcej, potrafił opisać wnętrza tych budynków wraz ze wszystkimi szczegółami, takimi jak wyposażenie znajdujące się w każdym z pokoi, a nawet odczytał nazwiska pracowników z przymocowanych do biurek tabliczek. Jedynie ostatnie słowa jego raportu wydawały się być pozbawione sensu: &quot;Kula bilardowa, żółta jedynka, czarna ósemka, dziura&quot;. Okazało się, że są to kryptonimy akt zamkniętych w jednej z szaf. Price nie wiedział, że opisał supertajny ośrodek łączności Biura Bezpieczeństwa Narodowego (NSA) znajdujący się 210 km od Waszyngtonu. Nigdy tam nie był i w momencie pisania raportu przebywał na drugim końcu kontynentu, w Kalifornii, w Instytucie Badawczym Stanford (SRI). Prowadzący eksperyment byli poruszeni. Równie wstrząśnięci wynikami eksperymentu byli funkcjonariusze NSA, natychmiast też zarządzili przegląd systemów bezpieczeństwa. Przez następne dwa lata, aż do śmierci w 1975 roku Price znajdował się w centrum jednego z najbardziej niezwykłych wojskowych programów badawczych naszych czasów. Ów program, o kryptonimie Scanate, był jednym z serii finansowanych przez CIA przedsięwzięć, których celem było zbadanie możliwości wykorzystania percepcji pozazmysłowej do zadań wywiadowczych. Efektem tych prac miał być nowy rodzaj agenta: psychotroniczny szpieg. Wykorzystywanie umiejętności paranormalnych w celach wywiadowczych ma długą tradycję. Według Starego Testamentu Eliasz uratował Izrael przed klęską militarną dzięki swej zdolności przewidywania przyszłości. Podobnie było w przypadku Joanny D&#039;Arc i jej zwycięstw nad Anglikami. W czasie I wojny światowej armia czeska z powodzeniem wykorzystywała różdżkarzy do wykrywania min. To samo robiła armia amerykańska w Wietnamie. POWIĄZANIA Z NAZISTAMI W czasie II wojny światowej pojawiła się cała masa jasnowidzów. W 1941 roku nadworny jasnowidz Stalina Wolf Messing przepowiedział śmierć Hitlera i porażkę Niemiec. Hitler natychmiast wyznaczył nagrodę za jego głowę. Nazistowskie władze były do tego stopnia zafascynowane astrologią i zjawiskami paranormalnymi, że doprowadziły do powstania Instytutu Różdżkarstwa w Berlinie. Jego głównym zadaniem miało być wykrywanie statków wroga. Kiedy wiadomość o tym dotarła do Londynu, młody oficer Wywiadu Marynarki Wojennej Ian Fleming - ten sam, który po wojnie wymyślił Jamesa Bonda - sfabrykował przeciek o sukcesach brytyjskich różdżkarzy. Niemcy byli skonsternowani, tym bardziej, że w owym czasie tracili bardzo dużo łodzi podwodnych. Jednak prawdziwy rozkwit szpiegostwo parapsychiczne przeżywać zaczęło dopiero w okresie zimnej wojny. Wprawdzie ówczesna propaganda mieszała fakty z fikcją, z pewnością jednak blok komunistyczny wyprzedzał pod tym względem Zachód. Wydawano tysiące, jeśli nie miliony, dolarów na badanie zjawisk paranormalnych. NIEBEZPIECZNE EKSPERYMENTY Niektóre eksperymenty były dosyć nieprzyjemne. Przykładem może być Nina Kułagina z Leningradu, która nauczyła się zabijać żaby, zatrzymując na odległość pracę ich serc. Dr Milan Ryzl, czeski biochemik, który miał okazję odwiedzić radzieckie laboratoria (w 1967 roku zbiegł do USA) uważa, że ostatecznym celem tych badań miało być kontrolowanie ludzkich myśli. W 1954 roku na drugą stronę Żelaznej Kurtyny przeszedł oficer KGB, dr Mikołaj Kokow. Jego relacje były znacznie bardziej niepokojące. Twierdził on bowiem, że KGB przeprowadza próby z tzw. bronią psychotroniczną. Celem tych eksperymentów było wykorzystanie zdolności paranormalnych do niszczenia pocisków, oślepiania systemów radarowych i zakłócania pracy komputerów. Podobno Rosjanom udało się za pomocą energii psychotronicznej złamać ludzki kręgosłup. Niezależnie od stopnia prawdziwości tych rewelacji, Stany Zjednoczone nie mogły sobie pozwolić na zlekceważenie potencjalnych korzyści płynących z energii psychicznej. W 1971r. kosmonauta Edgar Mitchell w czasie wyprawy statku Apollo 14 próbował nawiązać telepatyczny kontakt z odbiorcą znajdującym się na Ziemi. Eksperyment zakończył się fiaskiem, ale już w następnym roku NASA rozpoczęło prace nad skonstruowaniem urządzenia, które miało pomóc kosmonautom w telepatycznym porozumiewaniu się. Pomysłu nie udało się zrealizować, ale dwóch naukowców zaangażowanych w prace nad tym projektem, Harold Puthof i Russell Targ, kontynuowało badania w Instytucie Badawczym Stanford (SRI), częściowo dzięki finansowej pomocy NASA. W owych latach aż 70% funduszy tego instytutu pochodziło ze zleceń rządowych. W 1972 roku Targ i Puthof, fizycy kwantowi, zetknęli się z nowojorskim malarzem, Ingo Swannem. Swann należał do pracującej pod egidą Amerykańskiego Towarzystwa Badań nad Psychiką grupy badawczej zajmującej się zjawiskiem jasnowidzenia. Tag i Puthof zdali sobie sprawę z możliwości wykorzystania takich zdolności i zorganizowali zespół badawczy, na czele którego stanęli Swann i emerytowany komisarz policji Pat Price.Wyniki prac okazały się bardzo obiecujące i zostały przez twórców zespołu uznane za wielki sukces. Nieomal od razu zainteresował się nimi wywiad. Już w październiku 1972 zaaranżowano spotkanie między Puthofem a pewnym anonimowym naukowcem. Według Swanna efektem owego spotkania była dotacja w wysokości 50 000 dolarów przeznaczona &quot;na badania nad powtarzalnym zjawiskiem mogącymi mieć zastosowanie w wywiadzie&quot;. TAJEMNICZY SPONSOR Nowy sponsor występował pod nazwą &quot;East Coast Challenger&quot;, jednak tajemnicą poliszynela było to, że kryje się za nią CIA. Na jej zlecenie SRI miało w ciągu ośmiu miesięcy opracować metodę szpiegowania za pomocą zdolności parapsychicznych. W ten sposób Targ i Puthof rozpoczęli prace nad projektem Scanate. Po miesiącach poszukiwań i eksperymentów, w czerwcu 1973 roku, naukowcy z SRI uznali, że udało im się odnaleźć &quot;powtarzalne zjawisko&quot;, które powinno zadowolić ekspertów z CIA. Puthof spotkał się z East Coast Challenger i przedstawił wyniki badań. W ciągu tygodnia Ingo Swann otrzymał do rozpoznania swoje pierwsze współrzędne z agencji wywiadowczej. Pojawiła się nowa, psychotroniczna metoda wywiadowcza. POCZĄTKI UTAJNIENIA Zwolennicy wykorzystania jasnowidzenia jako metody wywiadowczej mieli teraz mniej problemów z przekonaniem odpowiednich osób w Pentagonie, że warto przeznaczyć większe kwoty na badania tego zjawiska. Wkrótce jednak, nadmierne zainteresowanie mediów sukcesami naukowców skłoniło rząd do utajnienia wyników programu. Wreszcie, kiedy w 1975 roku umarł Pat Price, władze ogłosiły zakończenie badań. Takie przynajmniej jest oficjalne stanowisko. Jednak jeszcze w 1978 roku przedstawiciele rządu starali się zasięgnąć informacji o wynikach badań w pięciu spośród 14 amerykańskich laboratoriów parapsychologicznych. Kiedy w 1980 roku w Iranie zatrzymano amerykańskich zakładników, rząd ponownie zwrócił się o pomoc do ludzi z SRI. Mimo zaprzeczeń, Pentagon wciąż finansował badania nad zjawiskami parapsychicznymi. W 1977 roku powstał nowy program badawczy o kryptonimie Grillflame, dzięki któremu amerykańskie służby wywiadowcze zyskały swoich własnych psychotronicznych szpiegów. Wyszkolonych w jasnowidzeniu agentów wywiadu wojskowego umieszczono w Fort Mead w Maryland. OPERACJA GWIEZDNE WROTA Projekt Grillflame został oficjalnie zamknięty w 1983 roku, w rzeczywistości jednak prace kontynuowano w tajemnicy -fundusze na badania nadal pochodziły z budżetu Pentagonu, nie były jedynie księgowane pod hasłem Grillflame. Zmienił się również kryptonim. Początkowo na Centerlane, potem na Sunstreak, ostatecznie na Stargate (Gwiezdne Wrota), a pieczę nad badaniami przejął kontrwywiad wojskowy. Władze były pod wrażeniem rezultatów. Generał Edmund Thompson, ówczesny szef wywiadu wojskowego, tak opisuje swój stosunek do badań: &quot;Interesowało nas nie tyle wyjaśnienie mechanizmów tego zjawiska, co możliwość jego wykorzystania w praktyce&quot;. Mimo utajnienia całego programu, wiadomo, że agenci-media penetrowali nieomal cały świat. Brali udział w lokalizacji tajnych tuneli wykopanych pod granicą między Północną a Południową Koreą, odnaleźli radziecki bombowiec, który uległ katastrofie w Afryce. Uczestniczyli w sprawie zabójstwa prezydenta Parka w Korei Południowej. Wykrywali próby jądrowe w Chinach, ośrodki szkoleniowe terrorystów Hezbollah na Bliskim Wschodzie. Wskazali miejsce pobytu Generała Kadafiego w czasie amerykańskiego nalotu na Tripolis. Mimo tych sukcesów opinia publiczna pozostała sceptyczna do tego stopnia, że zarządzono nawet dochodzenie w sprawie najtajniejszych operacji Pentagonu. Wyniki dochodzenia nie zostały ujawnione, jednak w 1986 roku ostatecznie zamknięto prace badawcze. Czy na pewno? W 1995 r. wydano oficjalne oświadczenie, według którego Fort Maed został zlikwidowany - po co jednak wydawać oświadczenie w sprawie obiektu oficjalnie nie funkcjonującego już od dziewięciu lat? Czyżby więc wojsko wciąż było zainteresowane osiągnięciami parapsychologii? Nie ulega natomiast wątpliwości, że zainteresował się nimi sektor prywatny. Po oficjalnym zamknięciu Fortu Maed, jeden z jego czołowych agentów, major Ed Dames, założył firmę Psi-Tech, która zajmuje się zdobywaniem informacji przy użyciu zdolności parapsychicznych. Psi-Tech szczyci się swymi wpływowymi klientami, wśród których można znaleźć nawet rząd Stanów Zjednoczonych. W końcu Psi-Tech jest jakby kontynuacją programu Grillflame. Obecnie Dames uczy technik jasnowidzenia w Beverly Hills. To dzięki niemu udało się odnaleźć narzędzie zbrodni w słynnej sprawie OJ. Simpsona. CIĄG DALSZY Czyżby więc historia zatoczyła koło i wywiad psychotroniczny znowu miał wrócić w ręce cywilnych zapaleńców? Joseph McMoneagle, pierwszy oficer wywiadu wojskowego wyszkolony w Fort Mead, uważa, że nie: &quot;Jako medium, a jednocześnie oficer wywiadu, mogę jedynie powiedzieć, że program Grillflame został zamknięty i z całą pewnością nie będzie wznowiony. Rząd nigdy nie korzystał z usług mediów kontraktowych i nie sądzę, by robił to w przyszłości z tej prostej przyczyny, że takich ludzi nie można w pełni kontrolować. Dlatego właśnie stworzono Fort Mead&quot;. Być może jednak ostatnie słowo należy do Stanfielda Turnera, szefa CIA, który zapytany, czy wywiad korzysta z osiągnięć psychotroniki, odpowiedział: żaden oficer wywiadu nie może zupełnie zlekceważyć niczego, co może okazać się potencjalnym źródłem wartościowych informacji.&quot; Ciekawostki -czyli co w trawie piszczy nie tylko A51 POMOCNA DŁOŃ Sierżant Bob Mann z brytyjskiej ochotniczej armii rezerwowej brał udział w wyprawie na szczyt Kinbalu we wschodniej Malezji w 1994 roku. Grupa Manna zgubiła się w dżungli i kiedy już wydawało się, że odnaleźli drogę, sierżant Mann poślizgnął się i upadł na swoją maczetę, raniąc się w dłoń tak głęboko, że nieomal odciął sobie dwa palce. Mimo opatrunku, rana wkrótce została zainfekowana, pojawiła się gangrena i Mann obawiał się, że straci rękę. Po ośmiu dniach udało im się dotrzeć do małej, zagubionej w górach wioski. Bob stracił przytomność. Miejscowa znachorka włożyła jego gnijącą rękę do garnka, do którego wcześniej wrzuciła mięso węża, zwierzęce kości i zioła. Po 20 min. infekcja zniknęła, a rana zaczęła się zabliźniać. ODŻYWKA MĄDROŚCI Jak donosi The Economist, po 30 latach uporczywych badań, japońskiemu naukowcowi Yoshiro Nakamatsie udało się odkryć przepis na pożywkę dla mózgu. Według autora przepisu, jedząc specjalne &quot;ciasteczka mądrości&quot; stajemy się mądrzejsi niż dotychczas, a jeśli przy tym nie będziemy sobie żałować seksu i zabawy, to powinniśmy dożyć 144 lat. Zapaleńcy mogą też skorzystać z innych wynalazków Nakamatsy: wyposażonych w sprężyny butów do biegania, czy z erotycznej zabawki o wdzięcznej nazwie &quot;dysza miłości&quot;. UPRZĄTANIE DUCHÓW W Nowym Jorku nieomal na każdym rogu znaleźć można sklep z magicznymi akcesoriami i podręcznikami dla początkujących mediów. Ostatnio jednak, jak donosi Elle, pojawił się zupełnie nowy rodzaj usług: &quot;oczyszczanie domów ze złych mocy&quot;. Eleni Santoro wykorzystuje swój talent do neutralizacji złej aury w nawiedzonych domostwach, przywracając je do równowagi energetycznej. Koszt takiego zabiegu waha się pomiędzy 300 a 2500 dolarów, w zależności od skali problemu. Specjalnością pani Santoro są domy, w których ktoś umarł, oraz te, których mieszkańcy ciągle się ze sobą kłócą. WIZJE ŻYCIA PO ŚMIERCI? Miliony ludzi, którzy otarli się o śmierć, opisują doświadczenie opuszczenia swojego ciała i podróży do innego świata. czyżby był to dowód na istnienie życia po śmierci, czy też są to tylko ostatnie myśli gasnącego mózgu? Kiedy KGB postanowiło zamordować Cotne Rodonaja, gruzińskiego dysydenta, nie pozostawiono mu najmniejszej szansy. Najpierw potrącili go samochodem, a następnie, dla pewności, jeszcze raz przejechali. Ciało zostało jak najszybciej zabrane do kostnicy i zamrożone, by można było dokonać sekcji zwłok. Po trzech dniach, kiedy patolog zrobił pierwsze nacięcie, Rodonaja otworzył oczy. Lekarz zamknął je i kontynuował zabieg, ale oczy otworzyły się znowu. Na przekór wszystkiemu, Rodonaja żył. Sam fakt, że Cotne Rodonaja przeżył, jest niesamowity, jednak najbardziej zdumiewająca była jego opowieść o tym, co widział w czasie, kiedy był &quot;martwy&quot;. Miał wrażenie, że znalazł się w świetlistym świecie, w którym nie obowiązywały prawa fizyki. Mógł przemieszczać się dokąd chciał, widzieć poprzez ściany, czytać ludzkie myśli i odbywać podróże w czasie. Lekarze nie uwierzyliby mu, gdyby nie dowody, jakie im przedstawił. W czasie swej &quot;podróży&quot; słyszał płacz noworodka w pobliskim szpitalu. Dzięki swej nadnaturalnej percepcji zdołał dostrzec, że dziecko ma pęknięte biodro, o czym nie wiedzieli lekarze. Po odzyskaniu mowy (po trzech dniach od przebudzenia) natychmiast poinformował o tym personel szpitala. Oczywiście Rodonaja nie mógł wiedzieć o istnieniu dziecka, nie mówiąc już o jego obrażeniach. Jednak prześwietlenie promieniami rentgena potwierdziło jego słowa. Dotychczas jedynym wytłumaczeniem tej tajemniczej historii jest wersja podana przez samego Rodonaja. MATERIAŁ DOWODOWY Cotne Grigoriewicz Rodonaja &quot;zmarły&quot; w 1976 r., mieszka obecnie w Teksasie i jest pastorem w kościele metodystów. Z doświadczeniem własnej śmierci (ang. NDE - Near-Death Experience) mamy do czynienia, kiedy człowiek umiera i ma wizje życia po śmierci, zanim wróci do świata żywych. Opisy tego stanu mają wszelkie cechy doskonałego kłamstwa; są proste, niesprawdzalne i ludzie chętnie w nie wierzą. Ale czy rzeczywiście jest to kłamstwo? Przeprowadzone w 1992 roku badania wykazały, że w samych Stanach Zjednoczonych 13 mln ludzi doświadczyło czegoś w rodzaju przeżycia własnej śmierci. Miliony innych przypadków opisano w tak odległych od siebie krajach, jak Wielka Brytania, Indie, Chiny czy Zair. Zwraca uwagę fakt, iż w większości przypadków relacje ludzi, którzy doświadczyli własnej śmierci, są do siebie podobne, niezależnie od wyznawanej religii czy wierzeń. KU ŚWIATŁU Typowe NDE zaczyna się od tego, że umierający niejako opuszcza swe ciało i zaczyna widzieć świat z perspektywy ptaka. Następnie wchodzi do ciemnego tunelu, na końcu którego lśni mocne światło. Kiedy już dociera do źródła owego światła, doznaje zazwyczaj uczucia absolutnego spokoju, w momencie tym często pojawia się wizja Boga. W niektórych przypadkach owa wizja zastąpiona jest obrazem piekła. Po wejściu w strefę światła umierający słyszą głos, który zadaje im pytania; Czy udało im się coś osiągnąć? Czy zrobili coś złego? Następnie głos stwierdza, że skoro mają jeszcze coś do zrobienia na ziemi, to muszą tam wrócić. Niechętnie poddają się temu nakazowi, a po powrocie do świata żywych ich światopogląd ulega zwykle zmianie. Śmierć nie budzi już obaw, a dotychczasowy materializm zostaje zastąpiony postawą nakierowaną na sprawy duchowe. Podobieństwo cechujące większość opisów tego stanu sugeruje, że mamy tu do czynienia z czymś, co dzieje się naprawdę. Wciąż jednak pozostaje pytanie: czy jest to przemiana duchowa, czy tylko wynik zmian psychofizycznych? UMIERAJĄCY MÓZG Dr Susan Blackore, psycholog z Uniwersytetu West of England, twierdzi, że wiele opisanych przypadków może być wyjaśnionych jako wynik niedotlenienia mózgu. &quot;Gasnący mózg może wciąż budować modele świata,&quot; twierdzi dr Blackmore, &quot;tyle, że nie będą one powstawać w oparciu o doświadczenie zewnętrzne, lecz z pamięci i wyobraźni. Podobnie jak sny i wspomnienia, mogą być one oglądane z perspektywy ptaka.&quot; Teoria dr Blackmore stała się przedmiotem ostrej krytyki. Profesor David Fontana z Uniwersytetu Minho w Portugalii podkreśla, że w wielu relacjach pojawiają się zupełnie nowe dla opisujących je osób zdarzenia, które nie mogły pochodzić ze wspomnień, czy też wyobraźni. Potwierdziły to eksperymenty przeprowadzone na ochotnikach, którzy zgodzili się przebywać w komorze z ograniczoną ilością tlenu. Ich sprawność fizyczna, jak i psychiczna, w tym pamięć, zmniejszyła się znacznie. Mimo że niektórzy mieli halucynacje, ich wizje w niczym nie przypominały klarownych opisów stanu, w jakim znajdowali się umierający. Według dr Blackore &quot;samo niedotlenienie mózgu nie wyjaśnia efektu doświadczenia śmierci. Być może jest to efekt zwiększonego wydzielania endorfiny&quot;. Endorfina to substancja podobna w działaniu do morfiny, uwalniana w mózgu pod wpływem stresu. To dzięki niej, np. w razie złamania kości, jesteśmy w stanie poradzić sobie z bólem. Zatem, w momencie śmierci endorfina stanowiłaby coś w rodzaju naturalnej tabletki nasennej. WIZJE PIEKŁA Argument z endorfiną ma swój słaby punkt. Mózg, który próbowałby uwolnić organizm od bólu, starałby się raczej wytworzyć przyjemne wizje. Niestety, nie wszystkie doświadczenia ludzi, którzy przeżyli własną śmierć, są przyjemne, a wielu z nich odwiedza krainę koszmaru. Podobnie jak wizje nieba, tak i obrazy piekła są do siebie bardzo podobne. Doktor Maurice Mawlings, kardiolog, zauważył, że wielu jego pacjentów opisywało swoje &quot;pośmiertne&quot; podróże jako wyprawy w głąb piekieł. Oto jedna z takich relacji: &quot;Spoglądałem z góry na swoje ciało, leżące wciąż na stole operacyjnym. Nagle zostałem wciągnięty do jakiegoś ciemnego miejsca, w którym pełno było pyłu, a powietrze było niewyobrażalnie gorące. Byłem przerażony. Miałem wrażenie, że coś mnie obserwuje, jakieś demony, czy potwory... Zacząłem krzyczeć, żeby mnie wypuścili. Wtedy znalazłem się znowu w swoim ciele. Od tej pory bardzo się boję śmierci. Nie potrafię zasnąć przy zgaszonym świetle.&quot; EFEKT ZBIEGA Argument o wpływie endorfiny staje się jeszcze mniej przekonywujący, jeśli weźmie się pod uwagę tzw. &quot;efekt zbiega&quot;. Jak podkreśla profesor Fontana, bardzo niewielu sportowców, którzy w czasie zawodów mają podwyższony poziom endorfiny, dzięki czemu ich wydolność znacznie się zwiększa, doświadcza czegoś, co przypominałoby wizje ludzi, którzy przeżyli własną śmierć. Znane przypadki doświadczenia własnej śmierci dotyczyły jedynie takich sportowców, jak samotni żeglarze, czy alpiniści. Jednak, jak twierdzą świadkowie, były one związane nie tyle z efektem zwiększonego wydzielania endorfiny, co z rzeczywistym zagrożeniem życia. W 1994 r. alpinistka Jacąui Greaves odpadła od ściany w szkockich górach Cairngorms i spędziła 16 godzin w lodowatym kamieniołomie. &quot;Czułam się bardzo dziwnie&quot;, opisuje swoje przeżycia Jacąui, &quot;miałam wrażenie, że opuściłam swoje ciało i znalazłam się w pięknej, błękitnej krainie. To było cudowne uczucie, a co najważniejsze, nie czułam już zimna.&quot; Być może to dzięki temu doświadczeniu, Jacqui znalazła siły, by zbudować sobie ze śniegu osłonę, która pomogła jej przetrwać aż do nadejścia pomocy. Wizje życia po śmierci mogą być też wyjaśniane jako reakcja mózgu na leki, czy nawet efekt zatrucia krwi spowodowanego niewydolnością nerek. Zważywszy na fakt, iż często w celu zmniejszenia bólu podaje się umierającym morfinę, lub inne halucynogenne narkotyki, można przyjąć, że to właśnie narkotyki wywołują wizje, o których opowiadają ci, którzy wymknęli się śmierci. Jednak w większości znanych przypadków, narkotyki nie były podawane. Co więcej, jeden z tych, którzy przeżyli, Steven Ridenhour, na co odzień używający narkotyków, próbował potem odtworzyć ów szczególny stan przy pomocy najrozmaitszych nielegalnych używek. &quot;Niestety, żaden nie dawał tego efektu, nie udało mi się osiągnąć nawet w przybliżeniu podobnego stanu.&quot; Niemal wszyscy ludzie, którzy doświadczyli własnej śmierci, zmieniają się zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Sceptycy mogą nie wierzyć w ich zapewnienia, trudno jednak nie liczyć się z faktami. CUDOWNE UZDROWIENIA W 1982 roku u Mellena-Thomasa Benedicta, operatora filmowego, stwierdzono nieuleczalnego raka. Zgodnie z przewidywaniami lekarzy zmarł i przez 90 minut znajdował się w stanie śmierci. W tym czasie Benedict doświadczał standardowych wizji, po czym powrócił do swojego ciała. Nauka jest w stanie wyjaśnić to, że po ponad godzinie znowu zaczęło bić serce. Nie potrafi jednak wytłumaczyć, dlaczego, kiedy pacjent obudził się, po &quot;nieuleczalnym&quot; raku nie było ani śladu. NOWE BADANIA Uzdrowienie M.T. Benedicta dowodzi, że tak psychiczne wydawałoby się zjawisko, jakim jest doświadczenie własnej śmierci, może wywoływać zmiany fizyczne. Dwa zupełnie niezależne programy badawcze wykazały, że owe zmiany mogą mieć bardzo różny charakter, jak również, że zjawisko to dotyczy niemal 90% badanych. Do najbardziej typowych zmian należą: obniżenie ciśnienia krwi, nadwrażliwość na hałas i jasne światło, alergie, a nawet uczulenie na domowe chemikalia. Zwrócono również uwagę na zaburzenia elektryczne, z jakimi spotykali się badani. 35% twierdziło, że częściej wybuchają im teraz żarówki. 20% zauważyło zaburzenia w ich komputerze osobistym. Połowa zakłócała odbiór telewizorów. Poza tym zaobserwowano całą gamę mniej typowych objawów, od zegarków, które przestawały chodzić, po nie działające telefony. Jak zatem jest naprawdę? Na pewno wiemy tylko tyle, że odpowiedź poznamy w dniu swojej własnej śmierci. Nauka jest bezradna. Niedotlenienie, endorfina i leki wyjaśniają część przypadków, nie są jednak w stanie wyjaśnić zjawisk paranormalnych. Skąd Cotne Rodonaja mógł wiedzieć o złamanym biodrze dziecka? Co stało się z &quot;nieuleczalnym&quot; rakiem Mellena-Thomasa Benedicta? Relacje ludzi, którzy przeżyli własną śmierć, wydają się być prawdziwe. Wszyscy, niezależnie od wyznawanych religii, mieli podobne wizje. Czyżby więc nasz umysł w obliczu śmierci opuszczał ciało? Czyżby stan podwyższonej świadomości był naturalną cechą naszej psychiki? NOWE SPOJRZENIE NA ŻYCIE Parapsycholog David H. Lund w swojej książce &quot;Śmierć a świadomość&quot; pisze: &quot;Postrzeganie pozazmysłowe staje się tym wyraźniejsze, im bardziej zmniejsza się wpływ umysłu. Z takim właśnie zjawiskiem mamy do czynienia w przypadku doświadczenia śmierci. Świadomość utrzymuje się nawet wówczas, kiedy ciało (wliczając w to mózg) staje się zbędne.&quot; Być może to sceptycy mają jednak rację? Wizje życia po śmierci mogą być kreowane przez umierający mózg. Jeśli jednak umierający mózg potrafi wzbudzić nasze siły psychiczne, to ludzie, którzy przeżyli własną śmierć, mają okazję dowiedzieć się czegoś nie tyle o życiu po śmierci, ile o drzemiących w człowieku możliwościach. Chociaż nie pomaga nam to w wyobrażeniu sobie &quot;życia po życiu&quot;, to przynajmniej dowiadujemy się czegoś o życiu jako takim NA TROPIE UFO WYWIAD Z CZOŁOWYM ZNAWCĄ UFO STANTON T. FRIEDMAN UWAŻA, ŻE RZĄD AMERYKAŃSKI UKRYWA PRAWDĘ O LATAJĄCYCH TALERZACH. Książka kupiona za dolara w 1959 r. rozbudziła w młodym amerykańskim fizyku nuklearnym zainteresowanie UFO. Prawie czterdzieści lat później Stanton T. Friedman razem z Donem Berlinerem napisał własną książkę o katastrofie latających talerzy w okolicach miasteczka Roswell zatytułowaną Katastrofa na Koronie. Następna książka Ściśle tajne/Program Majestic-12 dotyczy tajnego programu rządowego, którego celem było jakoby zebranie dowodów na obecność obcych statków kosmicznych na Ziemi. Wygłosił ponad siedemset wykładów na całym świecie i, jak twierdzi, udało mu się przekonać do swoich poglądów nieomal wszystkich swoich słuchaczy. Obecnie mieszka w Kanadzie i pracuje naukowo nad problemami takimi jak konserwacja żywności promieniowanie, czy kontrola zanieczyszczeń. Niechętnie rozmawia z ludźmi nie wierzącymi w latające talerze. Uważa, że są to, &quot;sterowane przez inteligentne istoty pozaziemskie statki gwiezdne&quot;. Mimo swoich 61 lat Friedman nie widział jeszcze latającego talerza na własne oczy. Jak pan sądzi, ilu ludzi widziało latające talerze? Pytam o to często w trakcie moich wykładów. Niewielu ludzi odważa się przyznać, że widziało UFO, choć przecież wiedzą, że nie będę się śmiał. Zwykle jest to dziesięć procent obecnych na sali. Wówczas pytam, ilu z nich zgłosiło komuś o tym fakcie? Jestem zadowolony, jeśli jedna dziesiąta tych dziesięciu procent podniesie ręce. Wielu ludzi widziało latające talerze, ale zgłaszają to tylko nieliczni. Co sprawiło, że zainteresował się pan problemem UFO? Zamawiałem książki w księgarni wysyłkowej i brakowało mi jeszcze jednego tytułu, żeby dostać zniżkę. Znalazłem książkę o UFO napisaną przez kapitana lotnictwa Edwarda Ruppelta, który w swoim czasie był szefem programu badawczego Błękitna Księga (ostatni oficjalny rządowy program badawczy dotyczący UFO). Przeczytałem książkę i zaintrygowało mnie to, co tam znalazłem. Potem przeczytałem jeszcze piętnaście książek, kilka lat spędziłem na przeszukiwaniu różnych archiwów i muszę przyznać, że mnie to wciągnęło. I do jakich doszedł pan wniosków? Dowody w sposób bezsprzeczny wskazują na to, że nasza planeta jest odwiedzana przez rozumnie sterowane pozaziemskie statki kosmiczne. Z drugiej strony, jedynie niektóre UFO to rzeczywiście statki kosmiczne z innych planet. Sprawa latających talerzy przypomina nieco aferę Watergate. Chodzi o to, że paru ludzi naprawdę wysoko postawionych ma od czasów katastrofy w Nowym Meksyku w 1947 roku pełną świadomość, że niektóre z niezidentyfikowanych obiektów latających to rzeczywiście statki obcych. Wspomniał pan o incydencie, jaki miał miejsce w Roswell. Jak się pan o nim dowiedział? Zainteresowałem się tym w 1978 r., kiedy miałem okazję spotkać jednego z naocznych świadków. Ód tej pory udało mi się porozmawiać o tym z 200 osobami, z których 30 brało udział w odkryciu a następnie w utajnieniu obu katastrof. Wierzył pan, że po tylu latach świadkowie będą pamiętać szczegóły tamtych zdarzeń? Oczywiście, że nie. Zbierałem relacje i uznawałem za prawdziwe tylko te, które udało mi się zweryfikować. Porównywałem je z artykułami, jakie ukazały się wówczas w gazetach od Chicago aż do zachodniego wybrzeża. Poza tym odnalazłem intrygujące akta w archiwach FBI. Nie potwierdziły się natomiast rewelacje trzech kluczowych świadków z programu, jaki o incydencie w Roswell zrobiła brytyjska telewizja Channel 4. Na przykład Frankie Rowe, która tak przekonująco płakała przed kamerą, powiedziała, że jej ojciec, strażak, został wezwany, aby ugasić szczątki latającego talerza. Niestety po sprawdzeniu, trudno w to uwierzyć. We władzach miejskich Roswell dowiedziałem się, że nikt by się nie zgodził na wysłanie wozów straży pożarnej dalej niż 50 km od miasta, pozbawiając je na ten czas ochrony przeciwpożarowej. Czy to prawda, że najbardziej niewdzęczną stroną pracy ufologa jest użeranie się z oszustami? Nie przepadam za określeniem &quot;ufolog&quot;.sugeruje ono, że ufolog to ktoś, kto zajmuje się ufologią, czyli nauką o UFO. A nie jest to nauka w ścisłym tego słowa znaczeniu. Wystarczy, że ktoś przeczyta dwie książki i założy sobie teczkę z wycinkami i już uważa się za ufologa. Potem taki &quot;znawca&quot; wygłasza teorie nie mające najmniejszego oparcia w materiale dowodowym. Poza tym uważam, że media nie wykorzystują swojej szansy i nie zajmują się problemem, który mógłby się stać sensacją tysiąclecia. Samo istnienie latających talerzy wciąż nie dla wszystkich jest oczywiste. Jeśli się bliżej przyjrzeć argumentom wysuwanym przez te niewielkie grupki sceptyków, to okaże się, że są one jedynie efektownie sformułowane, natomiast nie są poparte żadnymi dowodami. Znam pięć obszernych naukowych opracowań dotyczących UFO, setki drobnych artykułów w pismach naukowych oraz dziesięć prac doktorskich. To nieprzebrane morze informacji, o których większość nie ma najmniejszego pojęcia. Na pewno zaś nie sięgnęli nigdy do nich tak zwani sceptycy. W czasie wykładów przedstawiam pięć książek napisanych przez naukowców i pytam, ilu z moich słuchaczy spotkało się z nimi? Mam szczęście jeśli dwa procent przeczytało chociaż jedną z nich. Z jakimi reakcjami spotyka się pan ze strony czynników rządowych? Ludzie zawsze chętnie ze mną rozmawiają. Moją ulubioną formą wywiadu jest rozmowa, w której pytania i odpowiedzi padają z obu stron. Natomiast w kontaktach z urzędnikami przypomina to ulicę jednokierunkową, to znaczy, że oni zadają pytania, ale nie udzielają mi żadnych informacji. Kiedy ostatnio byłem w Laboratorium w Los Alamos, na sali zabrakło wolnych miejsc. Poza tym zeznawałem przed komisją senacką w 1968 oraz w siedzibie ONZ w 1978 r. Czy to, że jest pan naukowcem przeszkadza panu, czy pomaga w badaniach nad UFO? To, że jestem naukowcem pomaga mi być rzetelnym w badaniach. W instytucie badania są ściśle nadzorowane. Zawsze ma się nad sobą kogoś, kto sprawdza obiektywizm formułowanych wniosków. Poza tym, to co robiłem jako fizyk zwykle było utajnione, dlatego poznałem procedury zabezpieczania danych. Dzięki temu teraz jest mi łatwiej szperać w rządowych archiwach. Po prostu wiem, gdzie i jak szukać. Pańska najnowsza książka traktuje o dokumentach związanych z tak zwanym projektem Majestic 12. Co to za dokumenty? Jeżeli istnieją, to stanowiłyby dowód, że prezydent Harry Truman powołał specjalną grupę badawczą złożoną z czołowych ekspertów ze świata nauki, wywiadu oraz wojska, która miała przeprowadzić dogłębną analizę danych dotyczących pozaziemskich obiektów latających. Przez dwanaście lat poszukiwałem choćby najmniejszego śladu, który mógłby potwierdzić istnienie tych dokumentów. W końcu udało mi się jedynie znaleźć dowody, że istniało coś, o czym nikt z zewnątrz nie mógł się dowiedzieć. Wygrałem $1000 od jednego ze swoich krytyków. Zakład dotyczył czcionki, jaką napisano jeden z dokumentów. Spędziłem całe tygodnie w bibliotekach i archiwach różnych instytucji, podczas gdy on nie zajrzał nawet do jednej. Jego zachowanie dowodzi intelektualnego bankructwa pseudonaukowców, przeciwników ufologii. Nie spotkałem się jeszcze z niczym co wykluczałoby istnienie dokumentów &quot;Majestic 12&quot; Wierzy pan w przypadki uprowadzenia ludzi przez kosmitów? To nie jest kwestia wiary. Jako naukowiec zbieram i sprawdzam dane. Każdy przypadek porwania musi być rozpatrywany oddzielnie. Znam wielu ludzi, którzy uważają, że porwania się zdarzają. Wierzę im, ponieważ nigdy wcześniej mnie nie okłamali, ale niestety nie mogę tego udowodnić. Jak pan sądzi, dlaczego informacje o UFO są zatajane przed opinią publiczną? Moim zdaniem jest pięć głównych powodów, dla których ludzie z rządu nie chcą ujawniać tego, co wiedzą. Przede wszystkim, chcą poznać budowę latających talerzy, dysponują one bowiem na pewno jakąś cudowną bronią i systemami obrony. Po drugie, co by się stało, gdyby jakieś obce mocarstwo rozgryzło tę zagadkę wcześniej? Po trzecie, gdyby rzeczywiście odtajnić te informacje, pokolenie, które wychowało się w epoce lotów kosmicznych, natychmiast zapytałoby, jak my wyglądamy w oczach przybyszów z gwiazd. Czy byłoby w tym coś złego? Nie znam rządu, w żadnym z państw, który zgodziłby się, żeby jego obywatele czuli się bardziej Ziemianami, niż np. Amerykanami, czy Francuzami. Po czwarte, fundamentaliści religijni cały czas utrzymują, że jesteśmy jedynymi inteligentnymi istotami we wszechświecie, a UFO to wytwór szatana. Ci ludzie mają duże wpływy w kręgach politycznych, a gdyby udowodniono im, że nie mają racji, to straciliby grunt pod nogami. Po piąte, niepewność mogłaby spowodować ekonomiczny chaos. Zatem, czy jesteśmy gotowi do poznania prawdy o UFO? Oczywiście. Zapewne jakiś odsetek ludzi i tak by nie uwierzył, podobnie jak 5 procent Amerykanów do dziś nie wierzy w lądowanie na księżycu. Trudno, tacy zawsze się znajdą. Informacje o UFO musiałyby jednak być podane w całości, bez żadnych zatajeń. Oczywiście nie w taki sposób, żeby wyjaśniać techniczne parametry obcych statków kosmicznych, a raczej w spokojny sposób poinformować, że nasza planeta jest odwiedzana przez inteligentne istoty spoza Ziemi. Najwyższy czas już wydorośleć.]]></description><pubDate>Thu, 02 May 2013 11:37:49 +0200</pubDate><dc:creator>Vernox</dc:creator><guid isPermaLink="true">https://zjawiskanadprzyrodzone.iq24.pl/temat/308490#k1406565</guid></item><item><title>Tajemnica Roswell wkrótce wyjaśniona?</title><link>https://zjawiskanadprzyrodzone.iq24.pl/temat/308489#k1406564</link><description><![CDATA[Tajemnica UFO coraz bliżej wyjaśnienia (fot. sxc.hu) Znany brytyjski badacz tajemnicy UFO, Philip Mantle, podzielił się z prasą wynikami swoich badań związanych ze słynną katastrofą w Roswell. W 1947 r. nieopodal tej miejscowości doszło do wypadku, w którym rozbić się miał statek kosmiczny przybyszy z obcej cywilizacji. Jeśli wyniki badań naukowca okażą się prawdziwe, będziemy mieli do czynienia z prawdziwym przełomem w sprawie afery z Roswell. Mantle miał niedawno okazję znaleźć się blisko miejsca, w którym doszło do wypadku. Jak twierdzi w wywiadzie udzielonym brytyjskiej gazecie &quot;Daily Star&quot;, jego ekspertyzy nie pozostawiają żadnych wątpliwości. Wydarzyło się tam coś niesłychanego. Miejsce wygląda podobno przerażająco. Dość powiedzieć, że żadna roślinność już od dawna nie porasta połaci ziemi, która bezpośrednio została dotknięta katastrofą. Wg naukowca na miejscu znajdują się dziesiątki spalonych lub wysuszonych drzew. Najdziwniejsze jest jednak to, że okoliczne skały ociekają dziwną, niebieską substancją. Już wcześniej, korzystając ze specjalistycznej aparatury dokonano pomiaru promieniowania w tym tajemniczym miejscu. Urządzenia wykazały znaczne przekroczenie dopuszczalnych norm radiacji, dokładnie w pozycji, w której nietypowy obiekt zderzył się z Ziemią kilkadziesiąt lat temu. Wg badaczy na środku pustynnego terenu, nieopodal miejsca słynnej katastrofy, w 1964 r. doszło do lądowania innego tajemniczego statku. Specjaliści zgodnie twierdzą, że tajemnica katastrofy w Roswell jest teraz bliżej wyjaśnienia, niż kiedykolwiek przedtem. Podobno już wkrótce ma zostać zorganizowana konferencja, w trakcie której Philip Mantle szczegółowo opowie o swoich spostrzeżeniach i omówi wyniki przeprowadzonych badań. Czekamy z niecierpliwością.]]></description><pubDate>Thu, 02 May 2013 11:36:39 +0200</pubDate><dc:creator>Vernox</dc:creator><guid isPermaLink="true">https://zjawiskanadprzyrodzone.iq24.pl/temat/308489#k1406564</guid></item><item><title>Prawda o UFO? - Brytyjske archiwa</title><link>https://zjawiskanadprzyrodzone.iq24.pl/temat/308488#k1406561</link><description><![CDATA[Ministerstwo obrony odtajnia dokumenty na temat UFO (fot. creative commons/Adam Baker) Były amerykański żołnierz, służący w latach 50-tych jako pilot w siłach powietrznych, ujawnił na łamach dziennika Daily Mail tajemnicę, którą skrywał przez wiele lat. W 1957 r. podczas wykonywania rutynowego lotu nad obszarem Wielkiej Brytanii, Milton Torres zauważył niezidentyfikowany obiekt przemieszczający się tuż obok pilotowanego przez niego samolotu. Do pamiętnego zdarzenia doszło 20 maja 1957 r. W trakcie wykonywania nocnego lotu, Torres otrzymał komunikat radiowy od swojego dowództwa, w którym został poinformowany o niezidentyfikowanym obiekcie, znajdującym się nad wschodnim obszarem Anglii. Torres miał udać się w rzeczone miejsce i zrobić rozpoznanie.. Złe warunki atmosferyczne spowodowały, że pilot nie mógł ujrzeć obiektu w pełnej krasie. Na radarze znajdującym się na pokładzie samolotu zobaczył jednak rzecz niespotykaną. Potężny statek, który swoimi rozmiarami przypominał samolot bombowy typu B-52. Amerykański pilot otrzymał rozkaz by wystrzelić w jego kierunku serię kilkudziesięciu pocisków ostrzegawczych. Jednak zanim zaczął go wykonywać, nietypowy obiekt latający nagle zniknął. Następnego dnia po zajściu, Milton Torres otrzymał od swoich przełożonych komendę, by pod żadnym pozorem nie mówić nikomu o swoich obserwacjach. Pilotowi zagrożono, że jeśli komukolwiek wyjawi tajemnicę, straci licencję pilota i zostanie wykluczony z sił powietrznych. Torres postanowił częściowo zastosować się do rozkazu. Jednak kilkadziesiąt lat po zdarzeniu, gdy teoretycznie nie grożą mu już żadne reperkusje, postanowił podzielić się sekretnymi informacjami z opinią publiczną. Amerykański pilot jest niemal pewien, że miał do czynienia ze statkiem obcych. Znakomite wyposażenie UFO spowodowało, że pojazd był poza jakąkolwiek kontrolą wojska amerykańskiego. Podobno przypadek Torresa nie jest odosobniony. Każdego roku piloci zgłaszają swoim przełożonym meldunki dotyczące incydentów z udziałem obiektów niewiadomego pochodzenia. Wg znawców tematu zeznania pilotów trafiają do akt wojskowych opatrzonych klauzulą &quot;ściśle tajne&quot;. Powyższe dokumenty, zawierające relacje naocznych świadków były jednak skrupulatnie niszczone przez wojsko w latach 60-tych., co oznacza, że po incydencie z udziałem Torresa może już nie być śladu. Jednak władze zapowiadają systematyczne odtajnienie kolejnych dokumentów, sporządzonych w późniejszym okresie. Świadectwo Torresa, dzięki brakowi śladów w aktach, bagatelizowane jest przez wojskowych oficjeli i naukowców współpracujących z armią. Uważają oni, że pilot był świadkiem testów nowego rodzaju broni albo sprzętu, o których nie informuje się zwykłych żołnierzy. Torres jest jednak pewien, że to &quot;coś&quot; nie mogło być zbudowane przez człowieka. Dokumenty ostatnio ujawnione przez brytyjskie Ministerstwo Obrony zawierają jednak informacje, które zdają się potwierdzać, że spotkania z UFO są dla pilotów chlebem powszednim. Jeden z incydentów miał miejsce w 1991 r. na wysokości lotniska Heathrow w Londynie. Właśnie wtedy na wysokości 22 tysięcy stóp piloci zauważyli statek powietrzny, zbliżający się z dużą prędkością w ich kierunku. Jednak w ostatniej chwili, gdy wydawało się, że kolizja jest nieunikniona, obcy statek wzniósł się wysokość, która pozwoliła bezpiecznie wyminąć samolot pasażerski. Późniejsze śledztwo wykluczyło, by nieznanym obiektem był balon meteorologiczny bądź przelatujący w pobliżu samolot wojskowy. Z czym zatem mieliśmy do czynienia? W odtajnionych ostatnio dokumentach opisano jeszcze wiele przypadków, które rzucają zupełnie nowe światło na sprawę UFO. 57 pasażerów samolotu włoskich linii było uczestnikami spotkania z nieznanym obiektem. Wszyscy zgodnie twierdzą, że przez 4 sekundy widzieli lecący tuż obok ich samolotu statek powietrzny. Miał on przypominać pocisk. Opis zatem idealnie się pokrywa z wcześniejszymi zeznaniami. Po przeprowadzonym śledztwie władze przyznały, że nie da się zidentyfikować czym był pojazd, który widziało jednocześnie kilkadziesiąt osób. Podobne wypadki notuje się niemal każdego roku. Bardzo często zdarza się, że biorą w nich udział samoloty cywilne, których pasażerowie nie mają wątpliwości, że mieli do czynienia z czymś nie z tej ziemi. Osoby będące świadkami podniebnych cudów, często sceptycznie podchodzące do sprawy UFO, zaczynają na tą kwestię spoglądać inaczej.]]></description><pubDate>Thu, 02 May 2013 11:35:16 +0200</pubDate><dc:creator>Vernox</dc:creator><guid isPermaLink="true">https://zjawiskanadprzyrodzone.iq24.pl/temat/308488#k1406561</guid></item><item><title>Gdzie oni są?</title><link>https://zjawiskanadprzyrodzone.iq24.pl/temat/308486#k1406559</link><description><![CDATA[Może się to wydać osobliwe, ale istnieje już dziedzina nauki zajmująca się badaniem życia pozaziemskiego. Astrobiologia, bo tak brzmi jej nazwa, opiera się wprawdzie na domysłach, ale zajmujący się nią naukowcy potrafią udowadniać swoje hipotezy za pomocą eksperymentów i modeli matematycznych. Przyjrzyjmy się niektórym teoriom: Czy życie przypisane jest tylko do naszej planety? A może kosmos jest obficiej obdarzony życiem, niż nam się wydaje? Czy we Wszechświecie istnieją inteligentne formy życia? Czy kiedyś spotkamy naszych kosmicznych sąsiadów? Człowiek próbuje odpowiedzieć na te pytania od czasu, gdy dowiedział się, że nie znajduje się w centrum Wszechświata. Mało kto wie, że zajmowały one myśli genialnego włoskiego fizyka Enrico Fermiego (1901-54). Choć fizyka jądrowa i badanie cząstek w pełni pochłaniają nawet najtęższe umysły naukowe, to Fermi znajdował jeszcze czas na przemyślenia o problemach związanych z życiem poza Ziemia. To właśnie on podczas konferencji fizyków w Angeles w 1950 r. sformułował podstawowy paradoks, wokół którego toczą się właściwie wszystkie rozważania o istotach pozaziemskich. Sprzeczność ta jest pozornie prosta, jej wyjaśnienie jest jednak zaskakująco skomplikowane. Fermi zapytał: &quot;Skoro w naszej Galaktyce istnieje wiele zaawansowanych pozaziemskich cywilizacji, to dlaczego nie znaleźliśmy dotychczas żadnych śladów potwierdzających ich istnienie? Gdzie one są?!&quot;. Równanie Drake&#039;a Mimo usilnych starań możliwości badania otaczającego kosmosu są i zawsze będą ograniczone. Wielu odpowiedzi na pytania dotyczące życia pozaziemskiego będziemy nadal szukać w wynikach obliczeń któregoś z potężnych komputerów. Pierwszy rozdział dziejów teoretycznych badań życia pozaziemskiego napisano w 1960 r. na konferencji w Green Bank w Wirginii (USA). Dr Frank Drake, nestor astrobiologii, przedstawił tam swoje słynne równanie, które pozwala naukowcom wykluczyć niepewność dotyczącą liczby możliwych cywilizacji pozaziemskich. Równanie to zawiera wiele zmiennych (liczbę gwiazd w Galaktyce, odsetek gwiazd mających planety, planet, które mogą gościć życie, czas potrzebny na dotarcie do nas sygnału itd.). Od rzeczywistych wartości tych zmiennych zależą szacunki szans na spotkanie z inna cywilizacja. Jednak niepewność danych, a wraz z tym rozbieżności wyników są ogromne i wymagają stopniowego sprecyzowania. Sondy i ich teleskopy Jakie są szanse, że astronomowie wytypują planety, na których mogłoby istnieć życie? Musimy przyznać, że właściwie niewielkie. Nawet odkrycie pierwszej planety spoza naszego Układu Słonecznego trwało dość długo. Dokonał go 1990 r. polski astronom Aleksander Wolszczan. Od tego czasu w Galaktyce, Drodze Mlecznej, poznaliśmy już ok. 300 układów planetarnych. Od niedawna w poszukiwaniach nowych planet pomaga naukowcom wyspecjalizowana aparatura. Gdzie są owi zagadkowi kosmici? (fot. 21 Wiek) Astronomowie wysyłają w kosmos teleskopy. Od 2006 r. kosmiczną przestrzeń przemierza francuska sonda COROT (z ang. Convection, Rotation and Planetary Transit), która ma na swoim koncie odkrycie np. najmniejszej znanej planety (COROT-Exo-7b). Na nieboskłonie pojawił się niedawno poważny konkurent - amerykańska sonda Kepler, która 7 marca 2009 r. NASA umieściła na orbicie okołoziemskiej. Jej głównym przyrządem jest teleskop o średnicy prawie 1 m, czyli ponad trzy razy większej niż teleskopu francuskiego. Amerykanie maja spore nadzieje na odkrycie ziemiopodobnych planet pozasłonecznych. Badanie planet Astrobiologia jest jedna z najmłodszych gałęzi nauki. Poszukiwanie śladów życia poza Ziemią zależy przede wszystkim od postępu w wielu innych dyscyplinach naukowych. Astrobiologia zasługuję, więc bezsprzecznie na miano nauki interdyscyplinarnej. Jej &quot;rodzicami&quot; są oczywiście astronomia i biologia. Od strony &quot;mamy&quot;, czyli astronomii, najwięcej do powiedzenia ma astrofizyka. Astrofizycy odpowiadają na pytania, w jaki sposób powstają planety i układy planet. Dzięki nim możemy się dowiedzieć, jakiej liczby stabilnych układów planet możemy oczekiwać we Wszechświecie. Ważne jest też poznanie dynamiki powstawania takich układów planetarnych - ma ona wpływ na to, z jakich pierwiastków i związków powstaje planeta. Potem do głosu dochodzą chemicy, którzy wyjaśniają nam, jak powstają proste substancje organiczne, np. aminokwasy. W tym momencie pałeczka sztafety wędruje do rak biologów. Jak rodzi się życie? Biologia, pełniąca funkcję &quot;ojca&quot; astrobiologii, również nie ma łatwej roli. Spośród nauk o życiu na pierwszy plan wysuwa się w tym wypadku najbardziej spekulacyjna dyscyplina - protobiologia. Na podstawie wiedzy zachowaniu substancji organicznych w rożnych ekstremalnych warunkach protobiolodzy starają się zrekonstruować scenariusz, według którego powstało życie. To właśnie protobiolodzy stawiają sobie te najbardziej podstawowe pytania o naturę życia. Czy u podstaw życia koniecznie musza być związki węgla, tak jak ma to miejsce na Ziemi? Czy życie zależne jest od wody? Jak doszło do powstania związków, które zdolne są do tworzenia własnych kopii? Jak narodziły się komórki - podstawowe jednostki życia? Samo wyliczenie tego typu fascynujących pytań zajęłoby zapewne cały numer 21.WIEKU. Na kolejne pytania z zakresu rozwoju życia odpowiedzieć mogą już tylko prawdziwi biolodzy, dysponujący wiedza o tym, jakie warunki musza być spełnione, aby życie, w takiej postaci, jak je znamy, mogło się rozwijać. Wiele można się dowiedzieć, badając ekstremofile - organizmy mogące funkcjonować w takich warunkach, które nam wydaja się &quot;nie do życia&quot;, natomiast mogą panować na innych planetach. Idealne warunki Poszukiwanie planety, na której mogłoby istnieć w jakiejś formie życie, przypomina szukanie igły w stogu siana. Na czym właściwie powinny się skoncentrować obserwacje sond? Naukowcy zakładają, że życie może się narodzić tylko w pewnych warunkach. Planeta nie może być zbyt masywna, aby kiełkujące życie nie zostało zduszone przez potężną grawitację. Nie powinna też być zbyt gorąca ani zbyt aktywna geologicznie - za dużo ciepła i niestabilne warunki nie sprzyjają życiu. Sonda COROT wystartowała 27 grudnia 2006 r. wraz ze statkiem kosmicznym Sojuz 27. Zadanie sondy polega na poszukiwaniu pewnego rodzaju sygnałów – regularnych zmian jasności dalekich gwiazd(fot. 21 Wiek) Według biologów na pewno nie mogłoby zabraknąć wody, a wiele wskazuje na to, że w kosmosie nie jest jej mało - jej składniki, tlen i wodór, są powszechne. Z budowanych przez astrofizykę teoretyczna modeli matematycznych wynika, że woda powinna się pojawiać nawet jako uboczny produkt przy powstawaniu nowych gwiazd. A gdyby na którejś z planet rzeczywiście istniało życie? Atmosfera byłaby zapewne daleka od chemicznej równowagi. Już niedługo, posługując się analizą spektroskopowa, naukowcy będą mogli odkryć taka atmosferę. 361 cywilizacji Od momentu, gdy Frank Drake, pionier astrobiologii, ułożył swoje słynne równanie, minęło już sporo czasu. Dzisiaj naukowcy posługują się już o wiele dokładniejszymi modelami, uzupełnionymi o dane, które naukowcom udało się w międzyczasie zgromadzić. Najdokładniejszy z takich modeli opublikować niedawno młody szwedzki naukowiec Duncan Forgan z Królewskiego Obserwatorium w Edynburgu. Jego obliczenia wzbudziły w kołach ekspertów spore poruszenie. Forgan skorzystał z innej metody matematycznej niż Drake(opracowanej przez Polaka Stanisława Ulama metody &quot;Monte Carlo&quot;) i wziął pod uwagę kilka możliwych scenariuszy rozwoju życia w naszej Galaktyce. Według jego wyliczeń w Mlecznej Drodze istnieje co najmniej 361 planet zamieszkanych przez istoty inteligentne. Wynik ten Forgan otrzymał przy założeniu, że narodziny życia były trudne, ale już sam rozwój inteligentnej cywilizacji przebiegał stosunkowo łatwo. Przy założeniu odwrotnego scenariusza Forgan otrzymał wynik 31 513! Dokładny naukowiec wziął pod uwagę jeszcze trzecia wersję scenariusza, który zakładał, że życie może się rozprzestrzeniać między planetami za pomocą asteroid. W takim wypadku liczba inteligentnych cywilizacji w naszej Galaktyce wyniosła prawie 38 000! Wszyscy entuzjaści kosmitów powinni pamiętać, że chodzi wyłącznie o obliczenia matematyczne. Ostrożność zaleca np. renomowany astronom Ian Crawford z Uniwersytetu Londyńskiego: - Musimy jednak pamiętać, że w naszej układance informacji ciągle brakuje zbyt wielu elementów, aby można było realistyczne oszacować liczbę pozaziemskich cywilizacji. ------------------------------------------------------------------------- CO KRYJE SIĘ POD AKRONIMEM SETI? SETI to jeden z wielu skrótowców, w które bogaty jest współczesny świat. Pochodzi od nazwy Search for Extra-Terrestrial Intelligence, czyli &quot;poszukiwanie śladów inteligencji pozaziemskiej&quot;. Instytut SETI ma swoją siedzibę niedaleko miasta Mountain View w Kalifornii. Zrzesza obecnie ok. 150 naukowców zajmujących się przede wszystkim analizą sygnałów, które potencjalnie mogą nadejść z kosmosu. Prace naukowców przebiegają w pewnych cyklach - najpierw opracowują algorytmy, które mają pomóc w odczytaniu sygnałów z kosmosu. Wyniki tego etapu ukierunkowują działania uczonych i stymulują powstawanie kolejnych algorytmów. Duchowym ojcem całego projektu był amerykański astronom Frank Donald Drake (na zdjęciu), który już w 1960 r. rozpoczął swoje badania. Jest on autorem słynnego równania określającego liczbę wykrywalnych cywilizacji w kosmosie, a także współtwórcą płytek z informacjami o naszej cywilizacji, umieszczonych w sondach Voyager i Pioneer, a przygotowanych dla przedstawicieli obcej cywilizacji. ------------------------------------------------------------------------- WODA W UKŁADZIE SŁONECZNYM Przy poszukiwaniu życia w Układzie Słonecznym główną wskazówką dla naukowców jest obecność wody. Jest jednak pewien dodatkowy warunek. Aby organizmy mogły żyć i rozwijać się, potrzebna jest woda w jednym tylko stanie skupienia - płynnym. Obecność niewielkiej ilości wody w formie pary wodnej stwierdzono np. w atmosferze Merkurego, Marsa, Wenus, Jupitera i Enceladusa, księżyca Saturna. Występowanie innej formy wody - lodu - stwierdzono z kolei w polarnych czapach na Marsie oraz na księżycach Tytan, Enceladus (Saturn) i Europa (Jowisz). Woda wchodzi też prawdopodobnie w skład planet Uran, Neptun i Pluton. Najbardziej obiecującym kandydatem jest Mars - w ubieg - łym roku amerykańska sonda Phoenix odkryła nawet na tej planecie wodę w stanie płynnym. Bardzo niedawno temu sonda MRO (Mars Reconnaissance Orbiter) sfotografowała formację, która wygląda jak pozostałość gorących źródeł. Specjaliści z NASA spekulują, że właśnie w tych miejscach istnieje lub istniało życie. Podobne miejsca na Ziemi upodobały sobie jedne z najstarszych form życia - ekstremofilne gatunki bakterii i archebakterii. ------------------------------------------------------------------------- ROZWIĄZANIE PARADOKSU FERMIEGO Choć badanie cywilizacji pozaziemskich przypominać może rozważania chłopców zawiedzionych lekturą SF, nie od rzeczy byłoby trochę poważniej zastanowić się nad całym problemem. Gdzie są owi zagadkowi kosmici? Zdecydowany sceptyk odpowie oczywiście, że nie spotkaliśmy istot pozaziemskich, ponieważ po prostu nie istnieją. Sceptyk z pewną wiedzą nie będzie jednak z takiej odpowiedzi zadowolony. Elektronów też przecież nie widzimy! Czy oznacza to, że nie istnieją? Przypuśćmy, że w mniej lub bardziej oddalonym kosmosie rozwinęły się inteligentne istoty, osiągając pewien stopień dojrzałości technicznej. Brak odpowiedzi na pytanie, dlaczego dotychczas ich nie spotkaliśmy, może wynikać z najróżniejszych powodów, związanych z tym, że ich cywilizacje są zbyt odległe od nas. Sygnały lub loty międzygwiezdne są zbyt kosztowne i niebezpieczne. Pod znakiem zapytania stoi też możliwość ich fizycznej realizacji. Poza tym są zbyt czasochłonne. Gdyby jednak naukowcom udało się pokonać wszystkie te problemy, spektrum możliwych rozwiązań byłoby zdecydowanie węższe: kosmici wiedzą o nas, ale nie są nami zainteresowani. Albo: są tutaj, ale my o nich nie wiemy. Ostatnie rozwiązanie zadowoli wszystkich zagadkologów: są tutaj, wiedzą o nas i niektórzy ludzie też o nich wiedzą, ale prawie nikt im nie wierzy. Oprac.: Zbigniew Gawryś]]></description><pubDate>Thu, 02 May 2013 11:32:58 +0200</pubDate><dc:creator>Vernox</dc:creator><guid isPermaLink="true">https://zjawiskanadprzyrodzone.iq24.pl/temat/308486#k1406559</guid></item></channel></rss>
